poniedziałek, 15 listopada 2010

Mój prywatny kurier filmowy

Oglądamy z X sporo filmów, nie aż tyle, co niektórzy kinomaniacy i nie tak ambitnie. W tygodniu zazwyczaj oglądamy 3-5 filmów, chyba, że nas wciągnie jakiś serial. Niestety nasze oglądanie jest mało wybiórcze i często oglądamy byleco, głupie, czasem naprawdę głupie amerykańskie komedie, z filmów, które obejrzałam wciągu ostatnich trzech tygodni najbardziej zapadły mi w pamięci „The private lives of Pippa Lee” i „An Education” dość niezłe było „The body of lies” i niezła była też muzyka, a „Public Enemies” choć za długi i nudny i od połowy filmu chciałam, żeby wreszcie zabili głównego bohatera i żeby się skończył, naprawdę zachwycił muzyką i mogłam się pogapić na Jonniego Deppa i Marion Cotillard, więc ujdzie.
„Prywatne życia..” odebrałam tak trochę osobiście i mam wrażenie, że wiele kobiet może je tak odebrać. Raz na jakiś czas robimy remanent w swoim życiu i uczuciach i odkrywamy, że jakaś cząstka była stłamszona i aż się rwie, żeby zabrać głos. Czasem przychodzi czas na zmiany, czasem bardzo radykalne i nie należy myśleć, że jest na to za późno, choć pewnie lepiej by było nie dopuścić do zagłuszania własnych potrzeb i myśli, bo to prowadzi do frustracji. Film pokazuje też, jak życie kształtuje osobowość, potrzebę bezpieczeństwa i relacje z najbliższymi oraz jak traumatyczne wydarzenia mogą na nowo odmienić te relacje. Widzimy też, jak mało wiemy o innych i jak bardzo ich „teraz”może odbiegać od dawniej. Film bez wartkiej akcji, wciągamy się w niego powoli i w czasie kiedy bohaterka odkrywa siebie, my powoli poznajemy więcej faktów dotyczących jej przeszłości. Świetna obsada (Robin Wright Penn, Julianne Moore, Winona Ryder, Monica Bellucci, Keanu Reeves, Alan Arkin) , dobrze zagrane role, naprawdę warto obejrzeć, najlepiej w babskim gronie.

„An Education”opowiada historię słodkiej i błyskotliwej nastolatki Jenny (Carey Mulligan), która daje się uwieść starszemu facetowi. Początkowo jest ostrożna, z czasem, gdy dowiaduje się więcej o obiekcie swojego zainteresowania jej fascynacja nim rośnie, pomimo lekkiej niechęce do jego „zawodu” idzie coraz dalej okłamując rodziców. Rodzice trzymają ją dość krótko, jedynym jej celem mają być studia na Oksfordzie, jednak i oni ulegają czarowi Davida. Przy nim Jenny poznaje świat, życie nocne, Paryż, w pewnym momencie David prosi ją o rękę. Ja mam wrażenie, że dziewczyna godzi się głównie ze złości, na własnych rodziców ( bardzo ciekawa rola Alfreda Moliny w roli ojca), którzy, widząc, że córka może wyjść za mąż uznają, że w tej sytuacji, studia nie są już koniecznością, a „gwoździem do trumny”jest reakcja dyrektorki szkoły (świetna jak zwykle Emma Thompson) na jej życiowe wybory. Jenny wybiera pozornie łatwiejszą drogę, żeby szybciej „zacząć żyć”, tym bardziej, że nie bardzo rozumie, czemu ta dłuższa i trudniejsza ma służyć i do czego ją zaprowadzić. Cóż wkrótce okazuje się, że prawda na temat Davida jest jeszcze gorsza niż dziewczyna zdawała sobie sprawę i jej życie rozsypuje się. Na szczęście Jenny ma dużo samozaparcia i postanawia walczyć żeby go nie zmarnować. Czytałam nie za dobre recenzje filmu i nie wiem czemu, mi się podoba, niektórzy potępiają film za „happy ending” ja bym go nie nazwała takim znowu „happy”, a przecież nieraz tak jest, że życie legnie w gruzach, a potem zawsze daje się odbudować, a może to tylko mój głupi optymizm i wola walki i zamiłowanie do „zaczynania wszystkiego od nowa” raz po raz. Zaciekawiło mnie też potępienie Jenny za materializmy, wybór wygodnego życia i brak uczucia do Davida, wydaje mi się, że jest i uczucie i fascynacja, a mogąc wybrać wygodne życie, po co być męczennicą? A na koniec, choć może od tego powinnam była zacząć podoba mi się Carey Mulligan w głównej roli, słodka, choć nie jakaś wybitnie piękna, wydaje się być istotą myślącą, co nie zawsze jest pewne wśród młodych (i nie tylko) aktorek i powinno jej zapewnić w przyszłości niezłe role, a przynajmniej taką mam nadzieję.

Obejrzeliśmy też „Chloe”, który to film właśnie wszedł do Polskich kin, jak mnie poinformował newsletter Filmwebu i postanowiłam przeczytać recenzję, które o dziwo była dobra. Dla mnie ten film jest jakiś taki wymęczony i przewidywalny, historia jakich było wiele i nie ratuje jej nawet kameralny klimat filmu ani dobra obsada (Julianne Moore, Liam Neeson i Amanda Seyfried).
Obejrzeliśmy też komedię „Killers” i kłóciliśmy się czy to najgorszy film jaki widzieliśmy w życiu, czy „My Super Ex-Girlfriend” mąż stawia na pierwszy, ja na drugi.
Bardzo się zawiodłam na „Did you hear about the Morgans?”, bo zazwyczaj lubię komedie z Hugh Grantem i oczywiście lubię Sarah Jessica Parker, choć po filmowych wersjach SATC trochę mniej ( na razie obejrzałam 1, 2 czeka i boję się do niej zabrać).
Na koniec zmęczyliśmy też „Tożsamość Bourna”, „Krucjatę” i „Ultimatum”, no może pierwszej części nie zmęczyliśmy, ale dwie pozostałe nas zmęczyły, w trakcie oglądania, zamiast się skupić, stwierdzałam „a pójdę zrobić herbatę, bo teraz będą się gonić przez kolejne 10 minut”, więc raczej słabo.
No i tyle by tego było, a muzyki z „Public Enemies”słucham teraz w kółko.

czwartek, 11 listopada 2010

Dla miłośników Mad Men i nie tylko...

Właśnie dostałam maila od męża, jak widać jest bardzo zajęty w pracy:) ja również, bo od razu postanowiłam się podzielić.
Aż trudno uwierzyć, że kiedyś można było zobaczyć w gazetach takie reklamy:
Wspaniały pomysł na prezent na Gwiazdkę

I jeszcze lepszy dla wzorowej pani domu...

 Być kobietą...





E tam, ja znam takie, co tak się zachowują jak jest w pobliżu jakiś facet, nawet jeśli w damskim towarzystwie są jak MacGyver, sama jestem trochę winna:)


I znowu z serii dla zdrowia...

A teraz z innej bajki, wrażliwcom może się śnić po nocach, siostra laleczki Chucki?

I na koniec makabreska:


Swoją drogą Werka pamiętasz jedną z naszych poczatkujących wówczas graficzek, która zaprojektowała nadruk na majtki w świnki z napisami "happy pork" myśląc, że pork to świnka...i generalnie wywołując atak nerwowy u projektantki samą stylistyką "przedsięwzięcia"? to też były czasy :)


P.S. Odkryłam, że zdjęcia pochodzą ze stronki http://fotozup.com, ale stronka kiepska poza tymi fotkami

piątek, 5 listopada 2010

Leontyna


Zmarła nasza ukochana Leontyna, taką nam zafundowała przykrą niespodziankę na Święto Zmarłych. Kicia miała już swoje lata, a dokładnie 16, dwa razy potomstwo, raz kiedy miała niecały rok (puszczalska), kolejny raz cztery lata temu, co jest uwiecznione na zdjęciach poniżej. Najbardziej rozpaczają moja mama i kot Lucek, który to ssał maminą pierś do teraz (mały zboczeniec). Zdjęcia poniżej, to jedyne, które mam z okresu cyfrówkowego. Wiem, że nie wszyscy lubili moją kotę, cóż miała charakterek i jak ktoś próbował się z nią zaprzyjaźniać mimo ostrzeżeń, obrywał, ale taki był jej urok. Kotka została pochowana, a jakże, "na wiosce",  mama szuka młodej, białej kotki (tak sobie wymyślili z bratem) na towarzyszkę dla pogrążonego w rozpaczy Lucyfera.











Leontyna z Luckiem

P.S. też rozpaczałam, a jakże, ryczałam w pracy przed kompem, a wieczorem pojechałam się upić do Magdy...

czwartek, 4 listopada 2010

Lekarstwo na nostalgię

Coraz większa cholera mnie bierze jak sobie poczytam wiadomości i co się dzieje w Polsce i coraz bardziej moja wielka tęsknota wydaj mi się absurdalna. Mam na myśli toczącą się obecnie debatę na temat in-vitro.Generalnie kwestie aborcji i in-vitro w Polsce i naszych polityków i przede wszystkim kościoła, jakoś psują mi nerwy. Kościół w Polsce ma moim zdaniem wyjątkową zdolność zrażania do siebie ludzi wierzących. Tak naprawdę każdy, kto chce być tolerancyjny powinien od kościoła się odciąć, bo od niego może nauczyć się jedynie nietolerancji.
Po kolejne nie mogę zrozumieć tak daleko idącego wpływu kościoła na politykę i prawo, niech sobie kościół stanowi swoje prawa i niech ludzie rozstrzygają czy chcą grzeszyć, czy też się do niego stosować. Człowiek został obdarzony wolną wolą, a na świecie od zawsze istnieją pokusy, które mają go wystawiać na próbę.
Doprowadza mnie do szału czytanie wypowiedzi na temat aborcji jako morderstwa, bo to kwestia natury etycznej, a nie medycznej. Przerażające jest to, że nawet nastoletnie ofiary gwałtu czy kobiety z medycznym wskazaniem do aborcji nie mogą jej legalnie w Polsce przeprowadzić, no niby mogą, ale gdzie znaleźć lekarza, który się tego podejmie.
Ja rozumiem też, że w Polsce większość stanowią katolicy, ale większość to nie sto procent społeczeństwa i cofamy się coraz dalej w nietolerancję. Na Cyprze gdzie dominuje prawosławie, a kościół jest naprawdę potęgą finansową i jeżeli chodzi o wpływ na każdą dziedzinę życia, jest jednak jakość normalniej. Aborcja jest dozwolona i to nawet dość późńo, jeżeli są ścisłe medyczne wskazania dla matki, bądź ze względu na wady genetyczne dziecka, bądź ciężarna jest ofiarą gwałtu. Dodatkowo, ciekawostką jest, że po tureckiej interwencji zbrojnej w latach siedemdziesiątych, dziesiątki, a może i setki kobiet, które zostały zgwałcone przez Turków poddały się aborcji, na którą, w tej szczególnej sytuacji pozwolił oficjalnie kościół. I gdzie jesteśmy bardziej ludzcy?
Co do In-vitro, jak ostatnio przeczytałam porównanie tej metody do eutanazji, przez niektórych, „wspaniałych”, polskich polityków, to nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać, ale to nie były żarty. Ciężko traktować zarodek jako żywą istotę, bo brakuje tu właśnie tego „męskiego pierwiastka”, który to życie ma dopiero stworzyć. Hmm, idąc tym tokiem myślenia, w zasadzie, należało by traktować menstruację jako formę eutanazji, czyż nie? Z in-vitro powstaje człowiek, żywy, myślący i obdarzony duszą, i co lepiej, żeby go nie było? Co z dziećmi urodzonymi z in-vitro, może należy je zlikwidować, bo są wynikiem przestępstwa? Czy należy im mówić, że lepiej, żeby ich na tym świecie nie było?
I znowu myślę sobie, jak to tu wygląda, tu , gdzie mieszkam, sytuacja też jest chora, ale w drugą stronę, bo większość dzieci pochodzi z in-vitro lub chociaż inseminacji. Ludziom nie chce się czekać, lekarze cisną, bo lepiej nie czekać ze względu wiek, a dodatkowo mogą więcej zarobić, bo na Cyprze nie ma powszechnej opieki zdrowotnej, za wszystko trzeba płacić. Dodatkowo myślę, że w tym snobistycznym społeczeństwie też fajnie się pochwalić ile się wydało pieniędzy na klinikę itp. i tak też nie jest dobrze, ale nie słyszałam, żeby ktokolwiek, nawet z moich najaktywniej „wierzący i praktykujących” znajomych miał jakiekolwiek dylematy moralne z tym związane. Podejście do in-vitro, jest takie sucho-medyczne, medycyna jest rozwinięta, są takie i takie rozwiązania i należy próbować.
Ja nie wiem, czy państwo ma finansować in-vitro, czy nie, to już odrębna kwestia, ale dyskusje czy w ogóle zabronić? Czysty idiotyzm, lepiej nie leczmy bezpłodności, najlepiej nie leczmy niczego, po co medycyna się rozwija, tak będzie selekcja naturalna i pozostaną jedynie najsilniejsze jednostki...Natomiast aby dopełnić absurdu całej dyskusji o in-vitro, rozważane jest finansowanie, ale jedynie dla małżeństw...i zadaję sobie pytanie, dlaczego? Jeżeli kobieta niezamężna może zajść w ciążę tak samo jak i zamężna, dlaczego chcemy rozgraniczać tę możliwość w tym przypadku. Dlaczego w Polsce zamiast niwelować różnice między małżeństwami i parami pozostającymi w konkubinacie (cóż za okropne słowo, jedyne skojarzenie to „konkubent zabił konkubinę”, „konkubent pomógł konkubinie utopić noworodka, obydwoje byli nietrzeźwi”, może nasi politycy i kościół mają takie same skojarzenia, i dlatego są przeciwni konkubinatowi? Niestety pary „z marginesu” mnożą się bez problemów i nie specjalnie ten fakt szanują, no może szanują, jak dostaną becikowe na wódkę...) ciągle się je podkreśla?
I może dobrze, że jestem gdzie jestem i może takie absurdy jakie w Polsce mają miejsce wyleczą mnie skutecznie z tęsknoty za ojczyzną.
P.S. Bardzo mądry głos w dyskusji na temat in-vitro w Polityce (In vitro, Kościół,Polska- głos w debacie na temat in vitro, Jan Hartman, 30 października 2010 ) zwróćcie uwagę na fragment o niepokalanym poczęciu, duszy i grzechu pierworodnym, to tylko takie drobne śmiesznostki, ale jakie trafne...

poniedziałek, 25 października 2010

Wakacje c.d.

No więc (zdania nie zaczyna się od no więc), z HK polecieliśmy do Kuala Lumpur, a potem na Langkawi (mała wyspa blisko Tajlandii). Ogólnie muszę powiedzieć, że mnie Malezja z lekka rozczarowała, przedyskutowałam to samo z „moją Anią”(zawsze nazywam moje przyjaciółki „moja...Ania, Magda,...,Marta” jakby należały do mnie na własność, do tego dodaje, która np. moja Magda cypryjska, moja Magda warszawska, itp.) i zgodziła się ze mną.  
Po pierwsze Kuala Lumpur jest dla mnie zbyt nieuporządkowane, żeby kochać duże miasto, trzeba się w nim łatwo odnajdywać, a tego o KL nie można powiedzieć. Owszem istnieje transport publiczny, ale to wiele nieskoordynowanych ze sobą na wzajem systemów: metro, kolejka, autobusy, pociąg z lotniska i bałagan...Żeby poruszać się po mieście trzeba przesiadać się z jednego środka komunikacji na drugi, podróż z lotniska do centrum zajmuje zdecydowanie za dużo czasu i to już w samym mieście, bo korki są potworne, chyba, że z autobusu lub pociągu z lotniska przesiądziemy się od razu na metro, to można dojechać do centrum w miarę sprawnie.  
Samo miasto też nie zachwyca, korki, spaliny i hałas i niewiele poza tym. Poszliśmy zobaczyć Petronas Towers, warto zobaczyć, X się podobało bardzo, mi trochę mniej, bo widziałam Jin Mao w Shanghaju. Lecieliśmy z HK więc China Town to mała atrakcja. Być może KL zyskuje przy bliższym poznaniu, ale pierwsza wizyta nie zachęca do następnej.
Co muszę bardzo pochwalić z naszej podróży to Air Asia, tanie malezyjskie linie lotnicze, naprawdę tanie, sprawne, czyste, ładne samoloty, uśmiechnięta, przyjazna obsługa, tanie jedzenie na pokładzie, self check-in na lotnisku, na pewno jeszcze będziemy korzystać.

A najlepsze na Langkawi jest to, że jest mnóstwo jaszczurek! 1/3 moich zdjęć z wakacji to jaszczurki, piękne!

Cóż powiedzieć o Langkawi, jest przepięknie i...nudno. Ponieważ plażę mamy pod nosem i długie piękne lato na Cyprze, postanowiliśmy poświęcić na leniwe plażowanie jedynie cztery dni z naszych wakacji i to był dobry wybór. Langkawi to najbardziej turystyczne miejsce w Malezji i cieszę się, że nie wybraliśmy mniej turystycznego...Po pierwsze jest się zależnym głównie od swojego hotelu, tam będziemy jeść i spać i chodzić na drinka, bo nic innego w okolicy nie znajdziemy. Możemy przejść się do sąsiedniego hotelu, lub na główną ulicę, tam kilka restauracji i jadłodajni, ale dosłownie dwie czy trzy, które nie wyglądają jak ciężkie zatrucie pokarmowe, a ja naprawdę jadałam w przedziwnych miejscach w swoim nie tak długim życiu. Brak życia nocnego, knajp i imprezowni, znaleźliśmy jedną knajpkę (Babylon), którą zachwyciłabym się jako nastolatka, ale już teraz nie koniecznie. To była knajpka reggae, na plaży z muzyką na żywo, a goście to głównie małolaty i podstarzali pseudosurferzy.
Co nam się dla odmiany podobało, to plaża, piękna, szeroka, długa, pusta, biały piasek, błękitna woda i palmy kokosowe, marzenie. Podobało nam się też Spa i oferowane zabiegi, tanie i na bardzo dobrym poziomie. Dodam też, że gdyby nie to, że w zeszłym roku byliśmy na Bali (ja po raz drugi), to pewnie podobało by nam się bardziej, ale jak się „moja Ania” ze mną zgodziła i na pewno zgodzi się też Wera, nie ma drugiego takiego miejsca jak Bali.
Muszę też powiedzieć, że nie czuję się komfortowo w krajach muzułmańskich. O ile w Indonezji muzułmanie to jedno z kilku wyznań, dominujące, ale jednak jedno z kilku, a na przykład Bali jest w głównej mierze hinduistyczne, to w Malezji dominują muzułmanie. I nic złego by w tym nie było gdyby...Wyobraźcie sobie takie Langkawi, turystyczne resorty, gorąco i wilgotno i wszędzie kobiety w burkach, zakryte od stóp do głów, ze szparką na oczy lub w pełni zakryte, a obok nich ich mężowie, w szortach i klapkach. Takie pary widzieliśmy na plaży i przy basenie,  zawsze za rękę, podczas śniadania w formie bufetu, mąż nakładał jedzenie na talerz, żona dreptała obok i pokazywała palcem, co ma się znaleźć na talerzu , a później kawałki jedzenia znikały pod chustą, musi być cholernie nie wygodnie tak jeść. Nie chodzi tylko o to, że te kobiety wyglądają jak duchy i moja wyobraźnia jest zbyt wybujała i wyobrażam sobie co się pod taką burką znajduje i choć pewnie normalna, ładna kobieta, ja widzę ciała rodem z horrorów. Na dodatek mój mąż wybitnie wygląda na araba, już w zeszłym roku w Dubaju na lotnisku pytali go czy jest z Kataru... Wyobraźcie sobie więc taką parę mąż „ arab” mógłby być bratem któregokolwiek z mężów pań ninja  i ja taka biała i taka goła...Gapili się na nas, co chwilę ktoś pytał X skąd jesteśmy i czy jest muzułmaninem, lub wprost witał Salam Alaikum...
Cóż trochę nas to śmieszyło, a trochę nam było nieswojo czasami, choć wszyscy byli dla nas naprawdę mili. Po powrocie do HK poczułam, że miło być znów wśród cywilizacji i tych przepięknie, stylowo ubranych Hongkończyków, gdzie można pokazać kawałek ciała bez wzbudzania sensacji.



Shanghai-gdy chodzi o miłość


Lata  czterdzieste w Shanghaju,  w Europie szaleje II Wojna Światowa, w Azji jeszcze stosunkowo spokojnie, oglądamy ostatnie miesiące przed atakiem na Pearl Harbour i rozpoczęciem wojny na Pacyfiku. 
Amerykanin Paul Soames (John Cusack) próbuje poznać okoliczności śmierci swojego przyjaciela Connora (Jeffrey Dean Morgan), który został zamordowany w dzielnicy japońskiej. Paul oficjalnie pracuje jako dziennikarz, ale cały swój wysiłek skupia na śledztwie i rozwiajniu kontaktów, które mogą mu w tym pomóc. Poznaje wpływowego Anthoniego Lan-Tinga (Yun-Fat Chow), Chińczyka, który próbuje zapewnić spokój sobie i swojej żonie Annie ( Gong Li) po przez daleko idącą uległość w stosunku do okupujących Shanghai Japończyków.  Od początku znajomości z Tingiem, Paul odkrywa, że Annie daleko do posłusznej żony, przed mężem ukrywa nie tylko zamiłowanie do hazardu, ale przede wszystkim działalność w ruchu oporu. Anna ma wszelkie powody by nienawidzić Japończyków, jeszcze bardziej niż przeciętny Chińczyk, zamordowali jej rodzinę, a ją samą przed śmiercią uratowało jedynie małżeństwo z Anthonym.

Poprzez swoich nowch znajomych Paul poznaje japońskiego Kapitana Tanakę, wkrótce odkrywa, że Tanakę i Connora łączyła osoba wspólnej kochanki Sumi (Rinko Kikuchi) i z całą pewnością istnieje związek między Japończykiem, a śmiercią Connora. Bardzo szybko zdaje też sobie sprawę, że zaczyna zakochiwać się w Annie i gotów jest kłamać Tanace by ją chronić, pomimo, że Anna nie jest z nim do końca szczera. Anna prowadzi swoją wojnę z Japończykami i Tanką, podczas, gdy Paul chce rowikłać zagadkę śmierci przyjaciela...

Piękny film, wspaniałe zdjęcia, doskonale oddany klimat lat czterdziestych w każdym szczególe, kostiumy, wnętrza, muzyka. Świetni aktorzy, zarówno azjatyccy, jak i amerykańscy, czy europejscy (nie wymieniona wcześniej Franka Potente). Akcja trzyma w napięciu, ale bez przesady, jak w starym dobrym kryminale czy filmie szpiegowskim, choć ostatecznie Shanghai nie jest żadnym z wyżej wymienionych gatunków, to przede wszystkim film o miłości, o naiwności i zaślepieniu, kiedy się zakochujemy, o tym, ile jesteśmy w stanie poświęcić  i o tym, że to miłość najczęściej bywa źródłem wszelkich działań, nawet tam gdzie szukamy przyczyny w czym innym.


sobota, 23 października 2010

Chinese Box

No i miałam takie ambitne plany jeśli chodzi o pisanie, ale jak zwykle zalatana jestem...Uświadomiłam sobie, że jeszcze nawet nie napisałam o naszych wakacjach, a czas mija i emocje opadają i to nie będzie to samo.
Kocham Hong Kong, to po pierwsze, po drugie, to kolejna miłość, którą dzielę z Rudą i strasznie mi jej brakowało, jakoś tak jest, że jestem w Hong Kongu i powinna być ze mną Wera, podczas ostatniej podróży służbowej też tak czułam, tym bardziej, że miałyśmy jechać razem. Ruda jak jeździ do HK też mi smęci, że beze mnie to nie to samo. Jak myślę  o HK to zawsze mam przed oczami widok na Hong Kong Island z Tsim Sha Tsui, siedzimy na przystani, pijemy Tsing Tao i gapimy się na światła wieżowców.

Pamiętam jakie pożegnanie wyszykowała mi Ruda jak wyjeżdżałam na kontrakt do Szanghaju i jak się okazało, że do HK już razem nie pojedziemy.  W pewną niedzielę rano zadzwoniła i kazała mi się ubrać ciepło i czekać na nią, przyjechała po mnie, pojechałyśmy do niej pod dom, zaparkowałyśmy autko i poszłyśmy spacerkiem na plażę w Redłowie. Na plaży znalazłyśmy takie zwalone drzewo, gdzie dało się usiąść na konarze, Werka kazała mi zamknąć oczy, usłyszałam „klik” a potem „pij” i trzymałam w ręku Tsing Dao. Siedziałyśmy, gadałyśmy i piłyśmy piwko i to było takie magiczne, że zawsze będę pamiętać. I... znowu mnie poniosło...mój mąż, który z racji nieznajomości języka nie może czytać mojego bloga, zapytał „i o czym ty piszesz?” to mu odpowiedziałam, „o tym co gotuje, czytam, oglądam, myślę i czuję, ogólnie taki bałagan, szczególnie jak mnie poniesie”, usłyszałam tylko „no tak, tego się właśnie spodziewałem”. Cóż, tak mam, że zanim dojdę do sedna, to muszę historię życia opowiedzieć i moi znajomi o tym wiedzą, co gorsza, mam kilka koleżanek z tą samą przypadłością i mój mąż nie może wyjść z podziwu, że ktoś może tyle gadać i tak nie na temat. Jak się z nimi spotykamy gadamy  i ja i one i nie zamykamy się na dłużej niż przeżucie kęsa jedzenia, czy przełknięcie łyka winka. No tak, do brzegu, do brzegu...
Hong Kong to zdecydowanie jedno z moich ukochanych miast, bo ja ogólnie kocham duże miasta, to moja druga wielka miłość po Atenach ( gdzie spędziłam osiem miesięcy pod koniec studiów) ale w Hong Kongu nigdy nie miałam okazji pomieszkać, czego żałuję, ale i tak znam go całkiem nieźle, bo go odwiedziłam, jeśli dobrze liczę, trzynaście razy, ale teraz po raz pierwszy jako turystka.
Dla mnie to cudowne miejsce na wakacje, z wielu powodów, lubię jeździć na wakacje do miasta, szczególnie teraz, jak mieszkam na tej małej wyspie, gdzie czuję się troszkę klaustrofobicznie. Uwielbiam spędzać wakacje łażąc całymi dniami, uważam, że Hong Kong ma absolutnie najlepszy transport publiczny z jakim się spotkałam (nie byłam w Japoni). To najlepiej zorganizowane miasto w jakim byłam, nie sposób się zgubić, wszystko jest dograne w najmniejszych szczegółach, autobusy, metro, promy, wszystko punktualnie, ludzie pomocni, stacje przesiadkowe w metrze, gdzie tylko trzeba przejść na drugą stronę peronu, żeby zmienić linię, dogranie autobusów i metra, ach marzenie!

Hong Kong to absolutnie najwspanialsze miejsce dla mnie również ze względu na jedzenie, ach to jedzenie,  każdego dnia myślałam gdzie na lunch, gdzie na kolację, czego jeszcze nie spróbowaliśmy i jak tu wykombinować, żeby jeszcze to czy tamto zjeść. Mój mąż jest doskonałym partnerem w jedzeniu, kocha jeść tak jak i ja i zachwycał się każdym naszym posiłkiem, do tego jak jesteśmy w azjatyckiej restauracji wszystko jedno czy za granicą czy w domu, zdaje się na mnie z zamawianiem jedzenia.

HK jest doskonałym miejscem na zakupy, każdy kto tam był wie o tym, naprawdę można oszaleć, ze względu na X nie spędziłam tyle czasu na zakupach, ile bym chciała, za to spędziłam ten czas bardzo intensywnieJ
W HK miesza się stare z nowym,  chińska tradycja i nowoczesność , do tego mi się bardzo podoba ten lekko „oldschoolowy” klimat, zwłaszcza lądowej części HK (Kowloon), te budynki, które kiedyś były super nowoczesne, a teraz nadszarpnięte zębem czasu, kolorowe neony, sklepy z elektroniką i małe sklepiki, które sprzedają „cuda i dziwy” jak na przykład ususzone, wszelkie możliwe, morskie stworzenia wykorzystywane prze medycynę naturalną. Sklepiki te spełniają dodatkową „funkcję” rozsiewają charakterystyczny zapach, który nieodłącznie kojarzy  mi się z HK.

Co mi się nie podoba, cóż, zmiany, zmiany, od czasu mojej pierwszej podróży do Chin i HK minęło już parę ładnych latek, sześć dokładnie. O ile zmiany w Szanghaju podziwiam i uważam, że są na lepsze i za każdym razem byłam w pozytywnym szoku ile można zmienić i zbudować i jak się rozwinąć w przeciągu zaledwie kilku miesięcy, o tyle w HK nie wszystko mi się podoba. Pewnie wynika to też z faktu, że w Szanghaju za sprawą „Rewolucji Kulturalnej” już wcześniej zniszczono właściwie wszystko co stare i zabytkowe ( poza fragmentami starego miasta, czy pozostałościami kolonialnymi) i  rozwój dróg, budynków i środków transportu niczego już nie niszczy, powstaje piękne, nowoczesne miasto, o tyle w HK sprawy mają się inaczej. HK to takie pomieszanie zachodu i wschodu, starego i nowego, ale, że Hongkończycy mają zmysł do interesu robią ze wszystkiego biznes i wiele miejsc traci przez to urok.
Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałam zobaczyć Tian Tan Buddę. Nie mogłyśmy spać z Werką, zaczęłyśmy gadać w łóżkach i postanowiłyśmy wstać, była piąta rano, niedziela,  szłyśmy przez wcale nie puste ulice, wsiadłyśmy w pierwszy Star Ferry na HK Island, oglądając po drodze wschód słońca,  potem w prom na Lantau i autobus do klasztoru Po Lin, byłyśmy pierwszymi zwiedzającymi. Klasztor budził się do życia, usłyszałyśmy modlących się mnichów i poszłyśmy ich podglądać. Wdrapałyśmy się do posągu buddy i podziwiałyśmy widoki i  po woli zaczynali przyjeżdżać  inni zwiedzający, my wsiadłyśmy w autobus do Tai O, małej wioski rybackiej.


Cóż teraz, wybudowano Tung Chung -pomarańczową linię metra (za rozbudowę metra chwała, ale coś za coś), wybudowano kolejkę linową Ngong Ping, która łączy stację metra ze stacją koło buddy i klasztoru. Kolejka pełna jest turystów, do wyboru zwykła kabina i kabina kryształowa (z przeźroczystą podłogą), pracownicy kolejki strzelają zdjęcia, po przyjeździe na górną stację można zakupić oprawioną fotkę, breloczek, lub kulę śnieżną ze swoim zdjęciem...dodatkowo można kupić bilety na jakieś wątpliwe atrakcje jak spacer z buddą...Na górze powstała „wioska” taki klimacik z lekka odpustowy. Droga do buddy pięknie poszerzona, wszystko zabudowane, zagospodarowane, do klasztoru jako takiego nie da się już dojść, budują jakąś nową turystyczną atrakcję za świątynią. Dzięki większej dostępności tłumy turystów, klimat jak Ocean Park, tylko, że tam mi nie przeszkadza, a tu nastawiałam się na coś innego. Nie mówię X się podobało, bo to co było do zobaczenia pozostało, tylko straciło trochę dawnej magii.
Trochę podobne odczucie miałam jak pojechaliśmy na Peak, po wyjściu z tramwaju ciężko znaleźć wyjście z budynku terminalu, schody ruchome prowadzą na górę i górę, aż się człowiek znajduje przy płatnej bramce na Sky Terrace, kolejny turystyczny wynalazek, po drodze mijając sklepiki z pamiątkami i elektroniką. My ruszyliśmy z powrotem na dół i znaleźliśmy wyjście. Na szczęście widok pozostał, za darmo, zapierający dech w piersiach, cudowny, poszliśmy na kawę poczekać aż się ściemni i podziwiać HK o zmierzchu.


Do tego napływa niestety strasznie dużo ludzi z lądowych Chin, z Indii, Pakistanu, ale nie tych fajnych, którzy nadają koloryt miastu, ale takich prostych robotników lub co gorsza ulicznych handlarzy i szukających pracy. Pamiętam, że jak byłam w HK po raz pierwszy i kilka kolejnych, zauroczyła mnie kultura ludzi, nikt się nie pcha, metro podjeżdża, środkiem przechodzą wysiadający, po obu stronach drzwi czekają ci, którzy chcą wsiąść, nikt się nie przepycha w sklepie, każdy czeka na swoją kolej, teraz cóż, gorzej i co gorsza widać, że to przyjezdni to zmieniają, bo rodowici Hongkończycy dalej kulturalni.
Narzekam, bo wiem jak było przedtem, ale dalej warto, och warto poczuć klimat tego cudownego miasta, dalej warto przejechać się tramwajem na Peak, przepłynąć się Star Ferry, zobaczyć Buddę, szlajać się po uliczkach, jeść i oddychać zapchem HK.

Ja jestem też miłośniczką Ocean Parku i kiedyś zabiorę tam swoje dzieciaki, jak się jakiś dochowam. Oceanaria, meduzy, złote rybki, ptaszki i mojego męża ukochane Pandy, show z delfinami i rollercoastery, na to warto poświęcić dzień.


Niestety tym razem nie udało nam się pojechać do Macau, bo pogoda nie sprzyjała, a ja się przeziębiłam (przez Pandy! Ale to już osobna historia). Choć ja byłam w Macau wcześniej i nie byłam wyjątkowo zachwycona, ale pojechać warto i X bardzo chciał pojechać, cóż następnym razem.
Na koniec, lubię życie nocne w HK, bardziej Knutsford Terrace niż Lan Kwai Fong, ale w obu miejscach można wędrować z knajpki do knajpki na kolejnego drinka, posłuchać muzyki na żywo. Mam wrażenie, że Knutsford jest trochę bardziej na poziomie, trochę starsi ludzie, mniej turystów, raczej ekspaci i lokalni, takie odbieranie obu miejsc wynika też z faktu, że mieszkam w bardzo turystycznym miejscu, z setkami turystów przewijającymi się przez całe lato i Lan Kwai Fong za bardzo budzi skojarzenia z klubami w Agia Napa pełnymi głośnych i nietrzeźwych angielskich turystów, które omijamy szerokim łukiem.
Po ostatnie Hong Kong może być bardzo tani i bardzo drogi, nie tak tani oczywiście jak lądowe Chiny, ale mimo wszystko w wielu miejscach można zjeść bardzo tanio. Teraz z perspektywy życia na Cyprze wyjście „na drinka” jest na tym samym poziomie cenowym, ale w porównaniu z Polską jest bardzo drogie. Natomiast zawsze można kupić tanie Tsing Tao w Seven Eleven i usiąść na przystani i gapić się przed siebie, tego nie zastąpi żadna knajpa i to serdecznie polecam.