wtorek, 30 sierpnia 2011

Marina- Carlos Ruiz Zafón


Marina to było miłe zaskoczenie. Po przeczytaniu kiedyś „Cienia Wiatru” miałam dużą ochotę na więcej książek autora, rzuciłam się na „Grę Anioła” jak tylko została wydana i rozczarowałam się. „Cień Wiatru” uważam, za genialny, a „Gra...”była taka chaotyczna i niedopracowana, że Zafón wydał mi się autorem jednej powieści, tym bardziej miło czytało mi się „Marinę”, bo to książka wcześniejsza niż te wspomniane powyżej i znowu zostawiła mnie z apetytem na więcej.
Marinie nie brak stylu autora w najlepszym wydaniu, jest Barcelona, jest tajemnica i specyficzny mroczny klimat. Historia jest może mniej skomplikowana niż w przypadku pozostałych książek, ale też Marina powstała jako książka dla młodzieży i tak należy na nią patrzeć, niemniej wciąga i trudno się od niej oderwać, w zasadzie, to jedna z tych pozycji, na raz, siadamy i czytamy, dopóki nie skończymy.
Oscar Drai nasz główny bohater, uczy się w szkole z internatem, poza jednym kolegą ze szkoły nie ma właściwie nikogo, rodzice nie interesują się nim nawet na tyle, żeby zabierać go do domu na święta. Chłopak spędza czas włócząc się po zakamarkach Barcelony, w okolicy szkoły. Podczas jednej ze swoich wypraw Oscar wiedziony ciekawością wchodzi do starej, zaniedbanej posiadłości, jak się później okazuje zajmuje ją trzech lokatorów Marina, dziewczynka w wieku zbliżonym do Oscara, jej nieco ekscentryczny ojciec i nie mniej ekscentryczny kot Kafka. Wkrótce Marina staje się najważniejszą towarzyszką Oscara, razem przemierzają miasto, a Oscar spędza większość czasu w jej domu. Podczas jednej z wypraw trafiają na ślad dawnej tajemnicy, która intryguje ich do tego stopnia, że prowadzą prywatne, nie zawsze bezpieczne śledztwo. Oscar i Marina poznają coraz więcej faktów i osób, które prowadzą ich do rozwiązania historii, akcja jest sprawna, szybka i coraz bardziej mroczna, mamy przeczucie, że coś złego się wydarzy. Tajemnica, którą rozwiążą, nie jest jedyną w książce, również Marina i jej ojciec mają sekrety, które stopniowo zostaną ujawnione.
Całość naprawdę spójna, dobrze napisana i trzymająca w napięciu, polecam.

środa, 24 sierpnia 2011

Pachnidło -Patrick Süskind


Od lat chciałam przeczytać „Pachnidło” i wiedziałam, że kiedyś przeczytam, ale zawsze odkładałam na później. Bardzo podobał mi się film, ale też był miejscami tak obrzydliwy, że trochę się książki bałam, jak się okazuje niesłusznie. Oczywiście nasz bohater jest odrażającym typem, w książce nawet bardziej, bo wiemy co siedzi w jego głowie, z drugiej strony sceny morderstw ukazane w filmie, dla mnie były bardziej przerażające niż ich opisy.
Jeżeli, tak jak ja, dotąd nie przeczytaliście książki, naprawdę warto po nią sięgnąć. Książka jest pełna zapachów, opisuje je w sposób fascynujący, każe nam zastanowić się nad zapachem przedmiotów, których dotąd nie rozróżnialiśmy węchowo i przez to wzbogaca nasze postrzeganie świata. Nawet ja, która wszystko wącham i pamiętam zapachy różnych sytuacji, znam na pamięć różne perfumy, w porównaniu z Grenouillem jestem węchową analfabetką.
Ciekawie jest (na chwilę) znaleźć się w głowie szaleńcy, człowieka bez zasad i uczuć, a tylko owładniętego obsesją i zobaczyć jak ta obsesja kiełkuje, rodzi się i rozwija. Gdybym nie widziała wcześniej filmu, myślałabym, że ekranizacja tej powieści jest niemożliwa, a jednak udało się, jednak książka i film choć opowiadają tę samą historię są bardzo różne. Bohater oczywiście nie wzbudza sympatii, ale fascynuje, autorowi udało się tak przedstawić wewnętrzny świat bohatera, że w pewien sposób go rozumiemy...jakby jego chory zamysł był misją, którą trzeba spełnić, nie można zmarnować takiego talentu. W pewien sposób współczujemy też bohaterowi, ponieważ nigdy nie znajduje spokoju, spełnienie jego misji, realizacja marzenia, nie dają satysfakcji, nie wie po co dążył do celu, a jego osiągnięcie, poprzez poczucie wyższości nad innymi zamiast spełnienia okazuje się pełnią rozpaczy.
Zupełnie nie dziwi mnie nieustająca popularność książki, bo na pewno nie pozostawi nas obojętnymi i nie da się zapomnieć.

Beatrycze i Wergili


Lubię czytać Yanna Martela, choć po „Życiu Pi” przeczytałam jego pozostałe książki i nie były tak dobre jak tamta, to „Życie Pi” jest dla mnie książką na tyle ważną, że będę sięgać po to co autor napisze, dopóki się nie znudzę.
Czekałam na „Beatrycze i Wergiliego”, czytałam już o temacie książki i kontrowersjach na jej temat i byłam ciekawa moich własnych wrażeń. Martel napisał książkę wytrącającą z równowagi, taką, o której myśli się po przeczytaniu, szokującą, ale sama nie wiem czy dobrą czy nie. Choć skończyłam czytać kilka dni temu dalej myślę, jak ją ugryźć.
Główny bohater, Henry jest autorem jednego bestsellera i od pięciu lat pracuje nad nową książką, książką o Holokauście, której postanowił nadać nietypową formę dwustronną, z jednej strony zawrzeć esej z drugiej powieść. Tłumaczy, że powstało wiele książek i filmów o tej tematyce, ale zazwyczaj skupiają się na jakimś wycinku wydarzeń tego okresu, stanowi on tło dla romantycznej lub przygodowej historii, albo produkcje te mają charakter czysto dokumentalny, a przez to przystępny tylko dla tych, którzy świadomie chcą po nie sięgnąć. Według Henrego trudno jest opowiadać fikcyjną historię, bez nakreślenia realiów, ale też ciężko te realia przybliżyć bez pokazania ścisłych faktów. Powieść Henrego, jak i jego logika nie znajdują zrozumienia u wydawców i nasz bohater jest skończony jak pisarz. Henry zabiera żonę, wyjeżdża do Europy i zaczyna nowe życie. W tym czasie, różnymi drogami docierają do niego listy od czytelników jego pierwszej powieści, w tym jeden, który zburzy jego świeżo odzyskany spokój. Otóż dostaje w liście „Legendę o św. Julianie Szpitalniku” Gustava Flauberta, z zakreślonymi fragmentami, próbkę sztuki, a właściwie dialogu wyjętego ze sztuki, oraz lakoniczny list od jej autora. Zaintrygowany postanawia się spotkać z nadawcą listu, który mieszka w tym samym mieście.
Wszystko wygląda dość dziwacznie, „Legenda...” to historia człowieka, który z wyjątkowym okrucieństwem zabijał zwierzęta, a ostatecznie został świętym za okazanie dobroci choremu na trąd. Próbka sztuki to rozmowa między oślicą Beatrycze i małpą Wergilim (imiona przewodników po niebie i piekle w „Boskiej Komedii” Dantego), które głodują, o gruszce-jej smaku, zapachu i kształcie; swoją drogą, opis gruszki i dialog, są bardzo obrazowe. Autor listu okazuje się wypychaczem zwierząt, o niezbyt miłej aparycji. Jak się okazuje taksydermista pisze dramat, którego bohaterami są właśnie Beatrycze i Wergili i prosi o pomoc, bo utknął w pracy nad szczegółami. Henry z natury nie potrafi odmawiać i angażuje się w projekt.
Tu zaczyna się robić coraz dziwniej i mroczniej i tu zaczyna się właściwa akcja. Wizyty Henrego u wypychacza zwierząt, odczytywane na głos fragmenty jego sztuki i nasuwający się od początku wniosek, że taksydermista w rzeczywistości odnosi się do Holokaustu. Nie są dla nas jednak jasne jego pobudki, jego rola w wydarzeniach, czy próbuje oczyścić się ze złych wspomnień? Czy szuka odkupienia i oczyszczenia od niewygodnych wspomnień. Martel poprzez swoich bohaterów tłumaczy nam swój zamysł „To właśnie obojętność wielu, połączona z nienawiścią niewielu, przypieczętowała los zwierząt”, pokazuje zagładę Żydów poprzez wymieranie kolejnych gatunków zwierząt.  Pomysł ciekawy, pytanie czy wolno mu było? Z drugiej strony jeżeli Spielberg może naginać historię, aby stworzyć hit kasowy o  Holokauście, czemu Martel nie może go przedstawić za pomocą zwierząt? Przynajmniej niczego nie ubarwia.
Co mnie drażniło, to łopatologiczne wyjaśnianie metafor i symboli, autor mógł to pozostawić czytelnikowi. Książkę czyta się bardzo szybko i pozostawiłaby niedosyt i może też wrażenie zbytniej powierzchowności, gdyby nie, zawarte na końcu „Gry dla Gustawa”.   Z drugiej strony, autor, szukając nowej formy mówienia o Holokauście i zadając pytanie czy taka forma jest potrzebna, chyba sam sobie odpowiedział, że nowa, dobra forma nie istnieje. Nie wiem czy to książka dobra czy zła, ale na pewno intrygująca i uważam, że warto po nią sięgnąć.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

I że już sobie odpuszczę

Lato to dobry czas na czytanie i jak dla ,mnie również dobry czas na czytadła. Zabrałam się za odkładaną od kilku miesięcy „I że Cię nie opuszczę...” Elizabeth Gilbert, wcześniej próbował czytać mój mąż, ale nie zmęczył.  Ja też nie bardzo miałam na nią ochotę, bo z trudem zmęczyłam film na podstawie „Jedz, módl się, kochaj”.


No i cóż, powinnam zacząć od końca, czyli od „Jedz, módl się, kochaj”, której to „I że Cię nie opuszczę...” jest kontynuacją. Książka podobała mi się, lekka, łatwa i przyjemna, zawierała to co lubię: jedzenie (dużo jedzenia), podróże, jogę (która stanowi ważny element mojego życia od ponad pięciu lat) i ostatnia część była o Bali, z którego akurat wtedy wróciłam. Odrzuciłam krytykę książki mówiącą o rozwiązywaniu problemów zasobnym portfelem, bo jak ktoś żyje z pisania, to przecież może pisać wszędzie; podobał mi się styl pisania autorki, ot, nie dzieło wybitne, ale przyjemna lektura.
Film, który powstał na podstawie książki ciągnął się jak tasiemiec, w dodatku oglądałam z mężem i siostrą, którzy z trudem zmęczyli, ale zmęczyli książkę, stanowiliśmy więc całkiem sporą lożę szyderców i nie umiliło mi oglądania nawet gapienie się na przystojnego Javiera Bardem.
I tu dalej o,  „I że Cię nie opuszczę...”, to książka o niczym, wieje nudą, no dobra, autorka razem z ukochanym Felipe jeździ po świecie, są na wygnaniu, jak chcą być razem, to musi być ślub, bo inaczej jej ukochanego więcej do Stanów nie wpuszczą i tyle i nic więcej, a to już jest na okładce! Są podróże, ale niewiele się dowiadujemy o Laosie, Wietnamie, czy o Tajlandii, trochę lepiej jest na końcu, jak Liz postanawia się wybrać do Kambodży, choć tu jej spostrzeżenia są zgoła odmienne od spostrzeżeń moich znajomych, ale dopiero jak się wybiorę sama, to będę wiedzieć.
Do brzegu, do brzegu, „I że...” to „traktat” (oczywiście zbyt górnolotne określenie) na temat małżeństwa, a raczej wydumane rozważania na temat roli i historii małżeństwa w różnych kulturach. Choć autorka przytacza kilka ciekawych pozycji na ten temat i parę jej wniosków jest słusznych, o Boże, trzeba to było rozwlec na całą książkę? Poza tym, czy małżeństwo tak bardzo się różni od niezalegalizowanego związku? Dla mnie nie. Czy rozstanie po długoletnim związku jest mniej wykańczającym doświadczeniem niż rozwód, znowu, dla mnie nie. No i to całe dorobienie wielkiej filozofii, jak to jej związek będzie tym razem szczęśliwy i udany, bo tylu różnych rzeczy jest świadoma i tyle przemyślała, choć ja tam odkrycia Ameryki nigdzie nie widziałam, ach! Zostaje mi tylko dodać, skoro masz receptę, to, Powodzenia Liz!, ja już sobie Twoje książki odpuszczę.

Bali (prawie) Raj na ziemi

Tym razem będzie jak w przewodniku.

Nie, w tym roku nie wybieram się na Bali, planujemy na dziesiątą rocznicę ślubu, jak dotrwamy:), w ogóle w tym roku mało egzotycznie, Polska i Cypr i tyle.
Znajomi wybierają się na wakacje na Bali i poprosili o wskazówki, jak już napisałam, to się podzielę, może jeszcze komuś się przyda.
Na Bali byłam dwa razy, raz służbowo, po biżuterię, sarongi, koszyki plażowe i inne cuda, wtedy też postanowiłam, że jak kiedyś wyjdę za mąż (nie miałam w planach) to przyjadę w podróż poślubną i to był drugi raz, bo za mąż wyszłam szybciej niż się zdążyłam zorientować ( no może ja się zorientowałam, ale do mojego męża, chyba jeszcze nie do końca dotarło), dwa lata temu i pojechaliśmy na Bali.

Polecam Bali, bo:
-jest pięknie,
-klimat jest cudowny, 25-30 stopni, nie za gorąco, nie za zimno, przez cały rok,
-jedzenie!,
-wypoczynek,
-jest co robić, nie tylko leżeć plackiem na plaży,
-jest egzotycznie,
-jest tanio,
-życie nocne,
-pyszna kawa,
-piękne jaszczurki (moje małe zboczenie).


Dodam, że, z tym tanio, to jest tak, że mamy wybór, gdzie jemy, gdzie śpimy, możemy to załatwić za niewielkie pieniądze, a możemy za dość duże.
Ja akurat, obydwa razy mieszkałam w warunkach luksusowych, bo uznaliśmy, że raz nam się należy z racji miesiąca miodowego, ale znajomi wynajmowali wille za 10-30 dolarów za dobę i to też się da zrobić. My spaliśmy w Bali Padma i Cicada Seminyak, oba miejsca polecam.
 
Ponieważ mieszkaliśmy w Seminyaku, to moje godne polecenia miejsca jeżeli chodzi o jedzenie i życie nocne dotyczą tego rejonu głównie, natomiast inne polecane są z różnych stron, bo trochę też zwiedziliśmy.
Seminyak/Kuta
Jedzenie:
Ryoshi-restauracja japońska, niesamowite miejsce, świetne jedzenie i fantastyczne jam session w poniedziałki, to mój numer jeden.

Bali Sate- typowe jedzenie lokalne, niestety widzę złe opinie na Trip Advisor, dwa lata temu było fantastyczne i były też kursy gotowania.
KU DE TA- modne miejsce na drinka, pięknie położone, ale nie tanie
La Luciola-obok Kudety, włoska restauracja, znów raczej na drinka, ze względu na położenie, jedzenie takie sobie a dość drogie.
Cafe Zuccini-fajne, tanie miejsce na lunch w Seminyaku, wybór sałatek i dań wegetariańskich (choć nie tylko)
Cosa Nostra- Ponownie, widzę, złe opinie na Trip Advisor, my byliśmy dwa razy, to lokal  prowadzony przez włoską rodzinę, pizza z pieca opalanego drewnem, rozsądne ceny, super jedzenie.
Café Seminyak- to miłe miejsce na pyszną kawę.
Kawa na Bali jest pyszna, warto kupić w supermarkecie na potem.
Nasze rozczarowania, to tak naprawdę te miejsca, które wybraliśmy, bo były polecane lub modne, jak Gado Gado czy Living Room, obie restauracje są piękne, ale też drogie i nie warte swojej ceny, lepiej kierować się własnym nosem, z dwóch lepiej wypada Living Room. Jeżeli chcemy wydać pieniądze na coś drogiego, ale autentycznego polecam japońskie Teppanyaki, dobre jest w hotelu Bali Padma i innych porządnych hotelach, to autentyczne i niepowtarzalne doświadczenie.

Seminyak to również fajne butiki, jeśli chcemy zrobić zakupy, niezłe bary, niektóre z muzyką na żywo, kilka klubów gejowskich.
Dla mnie radą numer jeden jest-unikać centrum Kuty w nocy, ja czuję się jak w domu- jak w Ayia Napa z pijanymi brytyjskimi nastolatkami i hałasem, ale jak kto lubi.
Jimbaran

Jest tu wiele restauracji serwujących owoce morza w hotelu polecili nam Jimbaran Bay, która znów ma złą opinię powyżej.  Byliśmy trochę sceptyczni, ale ostatecznie bardzo zadowoleni, z hotelu zadzwonili do restauracji, kierowca po nas przyjechał i potem nas odwiózł. Wybraliśmy nasze owoce morza przy wejściu, jedzenie było smaczne, a dodam, że mieszkamy na Cyprze i mamy wymagania jeżeli chodzi o ryby i owoce morza. Siedzieliśmy na plaży, było miło, romantycznie, ceny ok, to znaczy nie bardzo tanio, ale zamówiliśmy dużo jedzenia i wino.

Najlepsze miejsce na imprezę to La Vida Loca na plaży 66, klub z muzyką na żywo, na naprawdę dobrym poziomie, do tego przychodzą tam ludzie około 30, a nie 15J


Nusa Dua

Tu znajdują się najlepsze hotele, ale też plaże zdatne do nurkowania i snorkelingu, bo tereny Kuta/Seminyak, to duże fale i raj dla surferów, a szkoły znajdziemy na każdej plaży.

Ubud


 
Tu naprawdę warto przyjechać, nie spotkałam nikogo, komu by się nie podobało. To miejsce turystyczne, jak całe Bali, ale inni turyści imprezują w Kucie, a inni przyjeżdżają do Ubudu. Ubud pełen jest galerii i kawiarenek, a czas jakby się zatrzymał. Mnóstwo tu restauracji z tradycyjną kuchnią. Warto iść na spacer w Monkey Forrest, warto zrobić zakupy-rękodzieło, biżuteria w galeriach, czy urocze drobiazgi na miejscowym rynku.


Warto wynająć kierowcę, aby pojeździć po wyspie. Wystarczy wybrać dowolne biuro turystyczne w okolicy, sprawdzić ich oferty i ceny, a następnie negocjować wynajem kierowcy na jeden dzień lub dłużej.

Warto zobaczyć:

Tanah Lot- zachód słońca, pełen ludzi, ale nie przereklamowany.



dla fanów Lejdis:)
 
Uluwatukolejna pięknie położona świątynia



 
Mount Batur i jezioro Baturpiękne widoki, można wypić kawę z widokiem na wulkan, a nawet spróbować wspinaczki jak ktoś ma ochotę



Bedugul-  ładne jezioro w górach, a po drodze tarasy ryżowe, widać je również po drodze do Ubud.


Lovina

Nie byliśmy i żałujemy, to mniej uczęszczana część wyspy ze względu na plaże wulkaniczne, ale podobno też bardziej autentyczna i dziewicza.

Lombok

Mała wyspa blisko Bali-podobno pięknie i dość dziko, nie widzieliśmy niestety.

Yogyakarta

To już nie Bali, ale na Bali można wykupić wycieczkę, przelot, zakwaterowanie i zwiedzanie 2-3 dni, aby zobaczyć tamtejsze świątynie, planujemy następnym razem.

SPA

Warto jechać na Bali, dla ich Spa, znajdziemy je w każdym hotelu i praktycznie co kawałek na ulicy, można spróbować różnych, tańszych i droższych.

Ja bardzo polecam sieć Mandara.

Ok, nie jest tania, ale absolutnie fantastyczna, mają cztery lokalizacje, produkują własne, rewelacyjne kosmetyki, mają dobre pakiety dla par, często ze zniżką na kolejny zabieg.

Joga

Lekcje jogi znajdziemy w każdej okolicy na Bali.

White Water Rafting

Moi znajomi byli zachwyceni, my cóż, zarezerwowaliśmy, ale ja się przeziębiłam, miałam gorączkę i nie chciałam być przez pół dnia mokra ( to znaczy, nie do końca ja, X nie pozwolił). Można zarezerwować dosłownie wszędzie, w każdej agencji turystycznej.

Inne wskazówki:

-choć temperatura jest przez cały rok stała, to od października panuje pora deszczowa, my na przełomie września i października mieliśmy dwa dni deszczu, ale nasi znajomi rok później, prawie cały czas deszcz, ponieważ jest ciepło, dalej można się cieszyć z pobytu (ale nie na plaży), chyba, że ktoś się przeziębi jak ja,

-unikajmy Ramadanu, choć Bali jest głównie hinduistyczne, to większość Indonezji muzułmańska i w tym czasie hotele przeżywają oblężenie,

 
- negocjacje i negocjacje na rynku, z biurami podróży, czasem też w małych sklepach,

-w ciągu dnia po prostu wsiadamy do taksówki, będą używać taksometru, ale w nocy uzgadniamy cenę przed, najlepiej pamiętać, ile zapłaciliśmy w ciągu dnia i zaoferować trochę więcej (nocna taryfa), jak się nie godzą odchodzimy, w końcu ktoś się zgodzi,

-wymiana pieniędzy tylko w hotelach lub z bankomatu, w zmieniających pieniądze na ulicy kantorach zawsze padniemy ofiarą oszustwa, z przeliczonego już pliku zawsze dadzą radę uszczknąć kilka banknotów i w żaden sposób tego nie zauważymy,
 
-ogólnie Bali jest bezpieczne, po prostu unikajmy miejsc, których unikalibyśmy we własnym kraju, małych, ciemnych uliczek itp.
 
-nie kupujcie na Bali narkotyków,często ktoś je Wam zaoferuje w nocy na ulicy, to mogą być tajniacy, a za posiadanie grozi kara śmierci.

Polecam Bali bardzo, bardzo, ani Malezja, ani Tajlandia nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, szukajcie lotów z UK lub Niemiec, tam łatwiej o tańsze połączenie.

I czemu piszę, że prawie raj na ziemi? Bo mieszkając na małej wyspie, w ciepłym klimacie i z plażą pod nosem ostatnio chętniej wybieram wakacje w dużym mieście!



piątek, 12 sierpnia 2011

Never let me go


O dziwo, pomimo, że wiedziałam o czym jest film, zupełnie nie zepsuło to jego odbioru i dalej zamierzam sięgnąć po książkę, o której czytałam wcześniej u Młodej Pisarki.
Historia już w pewnym sensie znana, a właściwie sam pomysł znany, tym, którzy widzieli wcześniej „Wyspę”, a jednak inna. Dużo bardziej przemawia do mnie brytyjska estetyka, gra aktorska i mniejsza nachalność filmu. Z drugiej strony, film, może zbyt wcześnie zdradza pewne fakty, choć i tak pozostają szokujące. Początkowo niby sielankowy obraz elitarnej brytyjskiej szkoły z pensjonatem, wraz ze światem dziecięcych przyjaźni i gierek, odkrywa przed nami coraz więcej faktów i powoli zamienia się w senny koszmar. Nie chcę psuć przyjemności oglądania, tym ,którzy nie wiedzą czego po filmie się spodziewać, więc nie zdradzę „o co chodzi”. Bardzo poruszający i ciekawy film, piękne obrazy i wiszące gdzieś poczucie, że coś jest nie tak, że coś złego się zdarzy. Jednak to coś złego przychodzi stopniowo i powoli poznajemy jego ogrom. Film zmusza do zastanowienia się nad moralnością, nad tym co wolno, a czego nie w imię nauki, zmusza do zastanowienia się nad przemijaniem i życiem z poczuciem nieuchronności pewnych wydarzeń. Doskonała kreacja Carey Mulligan (Kathy), którą, z resztą bardzo cenię za jej wcześniejszą rolę w An Education i która zdecydowanie przyćmiła Keirę Knightley, co w mojej opinii nie jest trudne (aktorka jednej twarzy i jednego uśmiechu), choć, trzeba przyznać, że dobrze pasuje do swojej roli w tym filmie.


Kathy prowadzi nas przez swój świat, wspomnienia dzieciństwa i przyjaźni z Ruth i Tommym, subtelnie i powoli odkrywa przed nami swoje myśli, pragnienia i lęki. Nie ma tu walki, nie ma na nią miejsca, jest rodzierające poczucie bezsilności, zrozumienie rzeczywistości i pogodzenie się z i tak nieuchronnym losem. Najbardziej utkwiło mi w pamięci stwierdzenie Kathy, że niezależnie od tego ile czasu nam dano na tym świecie, nawet, gdy dożyjemy późnej starości, w obliczu śmierci wciąż pozostanie niedosyt...