środa, 29 czerwca 2011

1Q84 Tom 2



Kontynuacja losów Tengo i Aomamae na pewno czytelnika nie zawodzi, ale też, na pewno pozostawia z niedosytem. Ciężko czytać trylogię, której poszczególne części nie są odrębnymi historiami, a jedna książka stanowi kontynuację poprzedniej i ostatnia jeszcze się u nas nie ukazała. Dodatkowo, autor nie traci czasu na przypominanie nam co się wcześniej zdarzyło, dlatego, jeśli ktoś jeszcze nie przeczytał, lepiej poczekać aż ukaże się ostatni tom. Ja czekam na następną część z niecierpliwością. Co prawda, postanowiłam nie kupować nowych książek podczas tego pobytu w Polsce, bo jeszcze mam kilka nie przeczytanych, a w perspektywie, być może, przeprowadzka i więcej do pakowania i wysyłania, dla drugiego tomu 1Q84 zrobiłam jednak wyjątek.
W książce poznajemy dalsze losy bohaterów i staje się dla nich jasne, że jedno istniało w życiu drugiego przez ostatnie 20 lat i, że żadne z nich nie zapomniało scenki ze szkolnej klasy, kiedy to Aomame uścisnęła rękę Tengo.
Teraz już nie tylko Aomame widzi dwa księżyce i zdaje sobie sprawę, że żyje w jakimś równoległym świecie i roku, to samo dostrzega patrzący na niebo Tengo. Obydwoje też zaczynają rozumieć, że wdepnęli w coś większego i bardziej skomplikowanego niż sobie wyobrażali na początku. Tengo zaczyna widzieć konsekwencje swojego udziału w redagowaniu „Powietrznej Poczwarki” i są one bardziej tajemnicze i dramatyczne niż skandal, którego ewentualnie się spodziewali z wydawcą.  Dodatkowo postanawia zmierzyć się z przyszłością, spotkać  i porozmawiać z ojcem - pojechać do swojego „miasta kotów”, rodem z opowieści, którą czyta w pociągu. Aomame ma wykonać swoje ostatnie zlecenie, a to wiąże się z całkowitym odrzuceniem dawnej tożsamości i więzi. Poznajemy więcej detali na temat Little People, ich siły i sposobów odziaływania, a także, czym jest lub może być powietrzna poczwarka. Spotkanie Aomame z liderem Sakigake szokuje nas i ją samą, nic nie jest takie jak uważaliśmy, sądy, które które wydaliśmy jednoznacznie, nie przystają do sytuacji w świetle nowych faktów, to, co wydawało się na wskroś złe, nie daje się już osądzić w ten sam sposób.
Drugi tom trzyma w napięciu i z tym napięciem nas pozostawia, spodziewałam się, że rozwiąże więcej tajemnic, ale nie, Tengo i Aomame są blisko, bardzo blisko, ale czy w końcu się spotkają? Życie tej pary przygnębia, samotne posiłki, ćwiczenia, codzienna rutyna i dyscyplina, podróże i zmaganie się z codziennością i z tajemniczą sprawą, do której mniej lub bardziej świadomie się zbliżyli. I zupełnie nie wiemy gdzie to wszystko nas zaprowadzi. Gdzie zaprowadzi nas autor.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Służące


Do „Służących” Kathryn Stockett podeszłam trochę jak do jeża, stały na mojej półce od ponad roku, pomimo, że zachęcił mnie kiedyś opis na okładce trochę się bałam, że to będzie niezbyt mądre babskie czytadło, dlatego w końcu wybrałam tę książkę na podróż, do czytania w samolocie i na lotnisku. Jakże się zawiodłam, i to w najbardziej pozytywnym sensie, nie mogłam się oderwać i żałowałam, że już kończę czytać.
Autorce udała się naprawdę niełatwa sztuka, przybliżenia czytelnikowi, w wiarygodny sposób, stosunków jakie panowały pomiędzy czarnymi i białymi mieszkańcami amerykańskiego południa na początku lat 60 ubiegłego wieku. Książka trafia nawet do kogoś, kto ma na ten temat blade pojęcie i cóż, ukształtowane głównie przez amerykańskie kino i książki i to rzadko współczesne. Dorastając w Polsce, dawno temu oglądałam i czytałam "Przeminęło z Wiatrem", oglądałam "Północ-Południe", czytałam "Chatę Wuja Toma", w ostatnich latach czytałam i oglądałam "Smażone Zielone Pomidory" i oglądałam "Sekretne Życie Pszczół" i kilka innych filmów, których dobrze nie pamiętam. Oczywiście nie wrzucam wszystkich tych pozycji do „jednego worka”, chodzi mi po prostu o to, co ukształtowało moją, jak wspomniałam niewielką, wiedzę na temat.  Jednak Służące zyskują przede wszystki ze względu na swoją współczesność i na to, że w całości oddane są właśnie pokazaniu relacji czarno-białych, a także, ze względu na swoją wielowymiarowość, bo to również ważna książka o stosunkach między kobietami.
Narratorki w książce są trzy, dwie czarne służące i biała córka plantatora bawełny, na przemian obserwujemy ich odmienny punkt widzenia na różne sprawy, odbiór tych samych wydarzeń, a także wspomnienia i myśli.
Panienka Skeeter po powrocie do domu ze studiów, zupełnie nie potrafi się odnaleźć, marzy aby zostać dziennikarką, a nie o tym, żeby szybko wyjść za mąż jak jej przyjaciółki, które w tym celu przerwały naukę. Dodatkowo dziewczyna wyrosła w przekonaniu, że jest brzydka, nieatrakcyjna i za wysoka, nie pomagają też jej niesforne, poskręcane, sterczące włosy, a jej przezwisko z dzieciństwa (skeeter-komar) przylgnęło do niej na całe życie. Duży, pozytywny wpływ na to kim jest Skeeter wywarła jej czarna niania Constantine, o której tajemniczym zniknięciu dziewczyna próbuje się choć czegokolwiek dowiedzieć. Szukając pomysłu na siebie dziewczyna postanawia napisać książkę opisującą prawdziwe stosunki pomiędzy białymi a ich czarną służbą. Dzięki temu projektowi jej życie splata się z życiem dwóch czarnych służących Aibileen i Minny.
Aibileen nie jest typową służącą, jest piastunką wychowującą kolejne pokolenia białych dzieci, które kocha jak własne, ale zawsze odchodzi, aby zająć się kolejnym, kiedy osiągną ten wiek, gdy zaczynają traktować czarną niańkę jak ich rodzice-jak człowieka drugiej kategorii.
Minnie to doskonała kucharka o nieposkromionym temperamencie i niewyparzonym języku, przez który bezustannie ma kłopoty.
Na początku historii Skeeter pyta Aibileen czy chciałaby coś zmienić, jednak kobieta wydaje się po trochu zrezygnowana, pogodzona z losem i przestraszona. Jednak ta myśl i to pytanie nie daje jej spokoju, po jakimś czasie postanawia, że będą współpracować, aby stworzyć książkę, o której marzą, że coś zmieni, a do ich projektu przyłącza się też Minnie.
"Służące" raz po raz szokują, jesteśmy w latach 60, trwa wojna w Wietanamie, popularność zdobywają The Beatles i Bob Dylan, Martin Luther King walczy z dyskryminacją rasową, a stosunki na południu tylko formalnie nie są już niewolnicze. W miasteczku Jackson w Mississippi, czas się zatrzymał, kobiety ubierają się skromnie, wcześnie wychodzą za mąż i rodzą dzieci, a swoich służących, w większości mają za nic. Według inicjatywy jednej z wpływowych mieszkanek miasta rozpoczyna się projekt budowy osobnych toalet dla czarnej służby, która jak powszechnie wiadomo przenosi rozliczne zarazki i choroby...Czarnoskórzy mieszkańcy miasteczka giną przez nieodpowiednie warunki pracy, biali dokonują linczu na lokalnym aktywiście na rzecz praw kolorowych, na jego podwórku, na oczach rodziny.
Dużym plusem książki jest też język jakim posługują się pomoce domowe. Części książki opowiadane przez służące i przez Skeeter wyraźnie różnią się sposobem narracji i słownictwem, co dodaje całości wiarygodności i niewątpliwie wzbogaca ją.
Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów akcji i historii, a także, jak wspomniałam książka ma także zupełnie inny, uniwersalny charakter, po przez ukazanie stosunków między kobietami i ich cichej władzy. Tak jak pisałam na temat Ośmiu Zeszytów i ta książka pokazuje, że kobiety potrafią być wyjątkowo okrutne, po przez plotki i intrygii, z powodu zazdrości potrafią zniszczyć i wykończyć nawet najsilniejszych. Po co uciekać się do otwartej przemocy, jak można bezkrwawo zadać większy ból?
Przyjaciółka Skeeter z dzieciństwa, Hilly, to zło wcielone i oczywiście najbardziej wpływowa kobieta w miasteczku, to ona jest autorką „inicjatywy sanitarnej”, to ona potrafi zrujnować los każdej czarnej gosposi po przez plotki i pomówienia, potrafi nawet napiętnować swoją dawniej najlepszą przyjaciółkę i wykluczyć ją z „towarzystwa”, nie mówiąc już o wykluczeniu, kogoś z zewnątrz, kto według niej nie pasuje do lokalnej społeczności. Hilly otacza oczywiście wianuszek zaślepionych wielbicielek, które za nic jej się nie przeciwstawią i wiernie wykonują polecenia. Obserwujemy jak w tej małej, zamkniętej społeczności, która przecież odzwierciedla społeczność jakich wiele, muszą sobie radzić Ci, którzy zostali wykluczeni lub świadomie wybrali inną drogę.

wtorek, 7 czerwca 2011

Musicale, musicale

Tytuł przedstawienia z mojego ukochanego Teatru Muzycznego z Gdyni, sprzed wielu lat. Wychowałam się na musicalach i na teatrze muzycznym, do dziś często spotykam się z ludźmi, którzy musicali nie znoszą, ja tego nigdy nie zrozumiem. Moi rodzice bardzo lubią musicale i już jak byłam mała oglądaliśmy i nagrywaliśmy na video cokolwiek pokazała polska telewizja (cóż niewiele tego było, ach video:)), a, że Teatr Muzyczny mieliśmy dosłownie pod nosem, chodziliśmy do niego bardzo często, później miałam przyjaciółkę, której mama pracowała w Muzycznym jako inspicjentka i chodziłyśmy do teatru jak szalone, po kilka razy na te same przedstawienia, i co z tego, że przeważnie siedziałyśmy na schodach? W sumie z tych czasów zostało mi przekonanie, że teatr to nie jest coś od święta i że można chodzić do teatru równie często jak do kina, a także, może już gorszy nawyk, że nie trzeba się też stroić. Dopóki mieszkałam w Polsce wizyta w teatrze, w filharmonii i operze, to była konieczność przynajmniej raz na miesiąc-dwa, a każda premiera w Muzycznym nie do przegapienia. W musicalach lubię nie tylko muzykę, ale też dopracowanie szczegółów i kostiumy. Myślę, że moja duża sympatia do kiepskiego skądinąd i kiczowatego kina Bollywood też wynika głównie z miłości do musicali. (Choć kino Bollywood pełni też inną funkcję, według mojej przyjaciółki Wery to swoiste katharsis, człowiek się poryczy, pośmieje i skończy trzygodzinny seans trochę jak po praniu mózgu, a na pewno wyprany z uczuć i tego co go gnębiłoJ) Kocham też filmy muzyczne (wybaczcie moją egzaltację, ale naprawdę kocham), ostatnio z tęsknoty za chodzeniem do teatru postanowiłam odświeżyć  wspomnienia i obejrzeć wszystkie ulubione filmowe wersje musicali. Dodatkowo okazało się, że mój mąż, poza kilkoma musicalami, które obejrzał mieszkając w Cambridge i jeżdżąc do Londynu, nie zna właściwie żadnych filmowych wersji.
Obejrzeliśmy ostatnio:
Hair-mój numer jeden , fantastyczna muzyka, prosta, ale zawsze na czasie historia, film, który chyba najbardziej wpłynął na moją wczesną „młodość” i postrzeganie świata i sprawił, że w wieku lat 11 postanowiłam, że będę hippiskąJ, o tak, to postanowienie realizowałam przez kilka kolejnych lat, kilka lat niezwykle ciekawych doświadczeń i znajomościJ Jak miałam 13 lat zmieniłam szkołę podstawową i krążyły plotki, że rodzice przywieźli mnie z Afryki dlatego się tak dziwnie ubieram, he he, nie miałam łatwo z nauczycielami, ale, że dobrze się uczyłam, jakoś dawałam radę, w tym samym roku z dwa lata starszą koleżanką uciekłyśmy z domu, jeździłam na spotkania z księdzem Szpakiem, zarabiałyśmy z koleżankami na Monciaku w Sopocie plotąc tęczę z muliny, na włosach chętnych przechodniów, biegałam na bosaka po Trójmieście, trzy lata później pojechałam z kuzynką i jej znajomymi na Rainbow Gathering w Czechach...do tego wszystkiego myślę sobie, że mam bardzo tolerancyjnych rodziców, a mój mąż dodaje, że jak będziemy mieć córkę, która wda się we mnie, to ja będę z nią walczyć...

Hair w Teatrze Muzycznym, nie było moim ulubionym przedstawieniem, słabo wypadało w porównaniu do filmu.  To znaczy było dobre, ale film jest lepszy.
Jesus Christ Superstar- obejrzeliśmy przed Wielkanocą, bo w Polsce to tradycyjna pozycja w programie telewizyjnym tym okresie ( nie wiem czy w dalszym ciągu) i znów był to film, który obejrzałam najpierw dzięki rodzicom i wałkowałam go w kółko na video, choć nie aż tak jak Hair.

I znów klimaty hippisowskie, tak kiedyś przeze mnie podziwiane. Cudowna piosenka Marii Magdaleny, Teatr Muzyczny zabrał się za „Jesus ...” dwukrotnie, starej wersji nie było dane mi obejrzeć, bo byłam za mała, widziałam późniejszą, bez rewelacji. W starej wersji pojawiła się Małgorzata Ostrowska i Marek Piekarczyk z TSA.
Chicago, bardzo lubię film, uważam, że jest przezabawny, a aktorzy dobrani rewelacyjnie, w muzycznym Chicago wypadło jednak jeszcze lepiej, byłam dwa razy.

Skrzypek na Dachu-kolejny ukochany film i przedstawienie w teatrze, film, pomimo, że z 1971 cały czas fantastyczny w odbiorze, przedstawienie w muzycznym widziałam siedem razy...samo mówi za siebie, prawda? Nie potrafię powiedzieć, która wersja lepsza. Moja ulubiona piosenka to  „Sunrise, Sunset” i niestety nie raz maltretowałam nią koleżanki i dostawców w klubach karaoke w Chinach, maltretowałam, bo moje wykonanie do najlepszych nie należy. Dodatkowo bardzo miło wspominam, że mąż mojej przyjaciółki (och co za głos!) zaśpiewał mi tę piosenkę na naszej Imprezie pseudo-weselnej w Polsce i zawsze czekam z niecierpliwością i słucham z zapartym tchem (nie tylko ja) kiedy Jacek śpiewa „If I Were a Rich Man”!

Fame-obejrzeliśmy nową wersję, niestety była tak o niczym i w ogóle nie czułam nic do bohaterów, żadnej sympatii,  stary film podobał mi się bardziej. Bardzo dobre , dynamiczne  przedstawienie w Muzycznym, a dodatkowo miałyśmy z Werą i jej Mamuśką atrakcję w postaci oświadczyn na scenie, bardzo wzruszające! Werka stwierdziła, że po tych oświadczynach nie zadowoli się byle czym, książę, na białym koniu musi ją wyzwolić od złego smoka!
Kabhi Khushi Kabhie Gham- cóż, nie jest to klasyk gatunku musicalowego, ale bollywoodzka superprodukcja, wyciskacz łez (również tych ze śmiechu) i porywająca muzyka, dodatkowo we wspomnieniach, niezapomniana impreza przy dźwiękach muzyki z filmu z moimi przyjaciółkami.

Muszę dodać, że moje dwa ulubione musicale z wykonania w Muzycznym to „Człowiek z La Manchy” (obejrzane ponad 10 razy, „stara ekipa „ aktorów w teatrze) oraz fantastyczny „Sen Nocy Letniej” (obejrzany trzy razy, „nowa ekipa”) i w jednej z wersji obsady Steczkowska i pomimo, że podziwiam głos piosenkarki i śledzę jej poczynania od czasu pamiętnej „Szansy na sukces”, to aktorka z muzycznego była lepsza i zdecydowanie bardziej wytrzymała.  Hair i Sen Nocy Letniej zawdzięczają dużo, dużo Leszkowi Możdżerowi, bo to on odpowiadał za opracowanie muzyczne i według niego Sen, to nie musical, a trans-opera ( to określenie pojawiało się wcześniej w odniesieniu do Jesus CS).
Na uwagę w teatrze zasługiwał też Footloose, jednak filmu wpisuje się w film muzyczny, a nie musical i choć go lubiłam, Muzyczny wygrywa.


Z kolei musicale znane mi tylko z wersji filmowej, a które bardzo lubię to „Moulin Rouge”-jeden z moich ulubionych filmów ogólnie, mogę oglądać raz po raz, w nieskończoność oraz „Mama Mia”, co akurat było dla mnie dużym zdziwieniem, bo nigdy nie przepadałam za Abbą, a dzięki filmowi polubiłam, film zyskuje na pewno dzięki fantastycznej Meryl Streep i też katuję nim mojego męża, albo oglądam jak wychodzi obejrzeć mecz.


Hairspray- oglądaliśmy w zeszłym roku i nie zamierzam do niego wracać na razie, zarówno film pomimo fantastycznej obsady, jak i wersja teatralna zawiodły mnie, po prostu muzyka nie porywa. Musical widziałam w Szanghaju (w przednim towarzystwieJ), doskonale zrobiony, z niesamowitym rozmachem, ale nie należy do moich ulubionych.

Nasz projekt oglądania musicali jeszcze się nie zakończył, mamy w planach:
West Side Story-nie pamiętam zbyt dobrze filmu, nie jestem pewna czy widziałam, przedstawienie w Muzycznym pamiętam jak przez mgłę, mam sentyment do WSS, bo śpiewałyśmy kilka piosenek z musicalu z chórem.
Kabaret-fantastyczne przedstawienie w muzycznym I fantastyczny film, nie wiem co lepsze.
Grease-bardzo lubię film, dodatkowo miło wspominam śpiewanie piosenek z musicalu z chórem kiedy należałam do Ten Singu w YMCA. Muzyczny teraz się wziął za wystawienie, niestety nie będzie mi dane zobaczyć, co prawda będę akurat w Polsce, ale wybrałam balet „Eurazja” w Operze i Filharmonii Bałtyckiej, bo grają po raz ostatni, a dodatkowo odbiór łatwiejszy dla mojego męża, który nie zna polskiego.
Evita-bardzo lubię film, choć wiem, że było dużo krytyki pod jego adresem i wiem, że Madonna nie dała rady wyśpiewać wszystkich partii, ale lubię Madonnę, podoba mi się film, ale w porównaniu z Muzycznym wypada słabo.
Upiór w Operze-nigdy nie widziałam na żywo, film wiele lat temu, zamierzam powtórzyć.
Nędznicy-nigdy nie widziałam filmu i zamierzam to nadrobić, to było jedno z najlepszych przedstawień muzycznego, arcydzieło, najpiękniejsza kołysanka na świecie "Castle on a Cloud".
Tańcząc w ciemnościach- ach co tu dużo mówić, raczej lubię Von Triera, a Bjork to moja ulubiona piosenkarka, świetny film, tu już widzę nowy „projekt” powtórka  z Von Triera, dawno nie widziałam „Przełamując Fale” i bardzo chcę zobaczyć "Melancholię", ale czy zagrają na wyspie?
Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street- oglądam wszystko Tima Burtona, oglądam prawie wszystko z Johnnym Deppem i z Heleną Bonham-Carter (to często łatwo połączyć) zdecydowanie do powtórki, tym bardziej, że mąż nie widział!
Burlesque- przegapiłam w kinach, poczekam na dvd.
I na koniec, co widziałam w wersji teatralnej, ale nie w filmowej:
Cats-zupełnie do mnie nie trafia, pojechaliśmy obejrzeć dwa lata temu, warunki piękne, otwarty teatr na świeżym powietrzu, dobre opracowanie, ale nuda, nie podoba mi się wcale muzyka, wyszliśmy podczas antraktu.
Scrooge- doskonałe przedstawienie w Muzycznym, widziałam wielokrotnie i mogę oglądać i oglądać.
Olivier!-świetny Muzyczny
Szachy-naprawdę dobre przedstawienie w Muzycznym
Atlantis-niezłe przedstawienie w Muzycznym, ale bez fajerwerków
I...na pewno coś przegapiłam, ale cóż pamięć jest zawodna i wybiórcza, choć z drugiej strony, to co warte zapamiętania siedzi w głowie przez całe lata, bo niektóre z opisywanych przedstawień widziałam jeszcze jako dziecko.

środa, 25 maja 2011

Łosoś, soczewica i saładka z awokado i chermoulą


Łosoś, soczewica i saładka z awokado i chermoulą


4 filety z łososia, każdy około 200 gram
200g/filiżanka czerwonej soczewicy
2 dojrzałe awokado
Pół czerwonej cebuli
Garść pomidorków koktajlowych
1 łyżka oliwy z oliwek

Chermoula
pęczek kolendry
2 cytryny
2-3 ząbki czosnku
2 i ½ łyżeczki kminu rzymskiego, mielonego
1 i ½ łyżeczki słodkiej papryki
½ łyżeczki  soli
1 łyżka octu z czerwonego wina
3-4 łyżki oliwy z oliwek

Aby przygotować chermoulę:
Myjemy kolendrę i zachowujemy jedną czwartą, którą następnie siekamy. Pozostałą kolendrę umieszczmy w blenderze, dodajemy sok wyciśnięty z cytryn, czosnek, paprykę, kmin, ocet, olej i sól i miksujemy na gładką masę.
Gotujemy soczewicę w dwóch filiżankach wody, przez około 12 minut (aż wchłonie wodę), po czym dodajemy szczyptę soli, pieprzu i łyżkę oliwy i mieszamy.
Podgrzewamy grill piekarnika, układamy na grillu łososia, smarując każdy kawałek łyżką chermouli i pieczemy około 8-10 minut (tak aby mięso przestało być w środku przezroczyste, co możemy sprawdzić wbijając delikatnie nóż i odciągając lekko mięso).
Przygotowujemy sałatkę, przekrajamy awokado na pół, obkręcamy aby wyjąć pestkę, miąższ kroimy, jeszcze w skórce, w kostkę, a następnie wybieramy łyżką do miski, kroimy pomidorki na pół i dodajemy, siekamy cebulę i również dodajemy, na końcu polewamy pozostałą chermoulą i mieszamy.
Dzielimy soczewicę na cztery porcje, na każdej układamy łososia, na nim sałatkę i posypujemy pozostałą kolendrą.
Podajemy.


Przepis pochodzi stąd, z pewnymi modyfikacjami:


Mieliśmy mały incydent w domu, może nie taki mały, pożar w kuchni. Zapalił się czajnik elektryczny, sam z siebie, w nocy, od niego stojące obok pudło z lekarstwami. Na szczęście nic się nie stało, poza mocno wystraszonym kotem (który akurat w dużym pokoju/kuchni przebywał na wygnaniu, za karę, za wspinanie się za materiał dekoracyjny nad łóżkiem i skoki na nas pogrążonych we śnie). Niestety przebywanie w naszym duży pokoju i kuchni nie jest możliwe, bo potwornie smierdzi,  czyścimy, pierzemy, zamówiliśmy nowy blat kuchenny, trzeba będzie pomalować, szkoda, bo malowałam mieszkanie nie tak dawno temu, poza tym wtedy nie pracowałam i mogłam to zrobić sama, teraz trzeba będzie kogoś znaleźć. W tej chwili nie gotuję, żyjemy na zamawianym jedzeniu, jemy w sypialni na łóżku, co ma swój urok, trochę jak piknik. Jednak w ostatnich tygodniach gotowałam dość intensywnie, więc mam co nie co do opisania.

wtorek, 17 maja 2011

Kebab, Tabouleh, Tzatziki czyli na bliskowschodnią nutę


I po przerwie ciąg dalszy fascynacji kulinarnej Kuchnią Bliskowschodnią. Poniżej przepis na pachnące, soczyste szaszłyki, sałatkę z pietruszki i tzatziki, podawać z pitą lub chlebkiem libańskim jeżeli możecie taki dostać.

Kebab (souvlaki, szaszłyki, zwał jak zwał)
dwie duże piersi kurczaka
duża szczypta/ pół łyżeczki cynamonu
duża szczypta kminu rzymskiego
duża szczypta pieprzu jamajskiego (mielone ziele angielskie, allspice)
duża szczypta pieprzu cayenne
duża szczypta słodkiej papryki
2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę
sok z jednej cytryny
2 łyżki przecieru pomidorowego
garść posiekanej pietruszki
dwie łyżki oliwy z oliwek
2-3 szczypty soli
2 czerwone papryki pokrojone w kostkę

Mięso kroimy w kostkę. Wszystkie przyprawy mieszamy i dodajemy do mięsa, dodajemy oliwę z oliwek, czosnek, przecier pomidorowy, oraz sól, sok z cytryny, pietruszkę i mieszamy, chowamy do lodówki żeby się zmarynowało, na noc, a przynajmniej na dwie godziny.
Następnego dnia nabijamy mięso na patyczki do szaszłyków, na przemian z papryką i pieczemy na grilu w piekarniku lub na węglowym, ewentualnie na patelni grilowej.

Pieczemy 7-8 minut z każdej strony i podajemy.


Tabouleh
Czyli moja ukochana sałatka z pietruszki

½ filiżanki kaszy burghul
3 filiżanki posiekanej natki pietruszki (2-3 pęczki)
1 filiżanka posiekanej świeżej mięty (*w ostateczności można dodać kilka szczypt suszonej mięty) (1/2-1 pęczka)
3 nieduże pomidory pokrojone w drobną kostkę
1 czerwona cebula drobno posiekana lub pół pęczka posiekanego grubego szczypioru, łącznie z białymi częściami
½ filiżanki soku z cytryny
¼ filiżanki oliwy z oliwek
szczypta soli
można też dodać drobno posiekanego ogórka
Wykonanie:
Bulgur zalewamy zimną wodą I zostawiamy na około 10 minut, żeby zmiękł, po czym odciskamy nadmiar wody na drobnym sitku lub po prostu dłonią.
Wszystkie składniki mieszamy razem w misce i odstawiamy na około  dziesięć minut przed podaniem.
Najczęstszym błędem popełnianym przy podstawowym Tabouleh są złe proporcje, to sałatka, składa się głównie z pietruszki i innych warzyw, bulgur nie powinien w tej wersji dominować, są inne wersje Tabouleh z większą ilością bulguru, ale nie ta.



Tzatziki
Ta sama sałatka, wiele nazwJ (cacik, raita...)
1-2 ogórki posiekane drobno
kubek gęstego greckiego jogurtu 200-250g
sól szczypta
świeża mięta - garstka posiekanej lub *kilka szczypt suszonej
ząbek czosnku
opcjonalnie:
sok z pół cytryny
oliwa z oliwek
Mieszamy jogurt z solą, miętą, przeciśniętym przez praskę czosnkiem i cytryną (jeżeli dodajemy), wrzucamy ogórka i mieszamy, możemy polać oliwą.

Na Cyprze i w kuchni bliskowschodniej, ogórek jest zazwyczaj drobno pokrojony, nie utarty i razem ze skórką, tak samo postępują z nim najczęściej Hindusi przygotowując raitę, w niektórych greckich restauracjach zetkniecie się z tartym ogórkiem, ale częściej z krojonym, krojony jest lepszy, oczywiście, jeżeli używamy ogórków o grubej skórze, obierzmy, ale idealnie jest kupić młode ogórki o cienkiej skórce. Uwaga, nie solimy ogórków, unikniemy „puszczania” przez nie wody i odciskania, solimy jogurt, mieszamy i dopiero dodajemy ogórka.
*Oczywiście lepiej jest użyć świeżej mięty, ale ta niestety nie zawsze jest łatwa do kupienia w Polsce (u mnie jest do dostania w każdym supermarkecie), jeżeli gotujecie „ w plenerze” warto poszukać świeżej mięty, która często rośnie nad brzegami polskich jezior, nie rezygnujcie jednak z przygotowania nawet takich potraw, jak ta, która wymaga znacznej ilości mięty, zastąpcie świeżą miętę, suszoną, oczywiście w mniejszej ilości.
Smacznego!

poniedziałek, 9 maja 2011

Cukiereczki


Cukiereczki Mian Mian przeczytałam, choć nie było łatwo, czekałam na coś więcej, a to więcej się nie pojawiło, choć momentami książka mnie wciągała. Na tak przemawia opis rzeczywistości w Chinach przełomu 80 i 90, na nie bohaterka naiwna i egzaltowana. Czytam o tym jak wielką rewolucję ta książka wywołała w Chinach i mam wrażenie, że pisarka chciała czytelnika zszokować i być może to jej się udało, ale co więcej?
Mam naprawdę mieszane uczucia. Odnajduję w książce to co znam z własnych obserwacji, innych książek o Chinach, rozmów ze znajomymi Chińczykami, z drugiej strony ten poetyczny grafomański bełkot, czyli język głównej bohaterki i jej ukochanego do mnie nie trafia.
Hong, młoda mieszkanka Szanghaju wstrząśnięta samobójstwem koleżanki ze szkolnej ławki porzuca szkołę i wyjeżdża do Shenzhen, miasta w prowincji Guangdong, stanowiącego specjalną strefę ekonomiczną. Tam dziewczyna zaczyna dojrzewać jak to określa, jej dojrzewanie przebiega po przez: śpiewanie w nocnych klubach, alkohol, sex, następnie narkotyki, pogarszającą się astmę, niszczącą miłość do Saininga, wyjazd do Pekinu i powroty do Szanghaju na kolejne odwyki i ciągłe wsparcie ze strony rodziców.
Mian Mian dobrze pokazała otwieranie się Chin na świat zachodni, zaczynając od całego syfu, który można naśladować. Wiarygodnie opisuje życie w Shenzhen, niestety zarówno to miasto, jak i Guangdong (Canton) to nie są najciekawsze miejsca do zwiedzania, choć przyciągają rzesze turystów na zakupy (zwłaszcza, że Shenzhen leży bezpośrednio za granicą z Hong Kongiem i nie potrzebujemy wcześniej załatwiać chińskiej wizy żeby się tam dostać). Niestety przyciąga też masę ludzi w poszukiwaniu pracy, a nie wszyscy ją dostają i często lądują na ulicy, jako bezdomni lub prostytutki, przyciąga rozmaitych złodziejaszków, sutenerów, handlarzy wszelakiej maści i profesji z zagranicy. Dla mnie to też jedyny region w Chinach gdzie nie czuję się do końca bezpiecznie, gdzie nie lubię sama chodzić w nocy, gdzie trzeba się wykłócać o cenę taksówki, gdzie w recepcji hotelu pewien Chińczyk złożył mi „propozycję nie do odrzucenia” i lepiej nie być samotną, białą kobietą. Na plus dla autorki oceniam też opis przemian w Szanghaju, pewne zadęcie tego miasta i tamtejszych klubów, białych polujących na „Chińskie laleczki” i naiwne lub wyrachowane kobietki polujące na laowaii (białych).
I tu dochodzę do tego co mnie drażni, drażni mnie naiwność i brak pomysłu na życie bohaterki i jej znajomych. Z drugiej strony dodaje to wiarygodności jej postaci, bo niestety Szanghajki są często wychowywane na puste, zimne, wymagające i wyrachowane, co ma im pomóc w życiu, Hong bynajmniej nie pomogło. Nasza bohaterka głownie chce się nawalić lub naćpać, w zasadzie nie sprawia jej to przyjemności, ale nie bardzo ma na siebie inny pomysł, jest zaborcza w stosunku do ukochanego, ciężko tak naprawdę jej wielką miłość nazwać miłością, bo z założenia niszczy obydwoje. Saining jest nie lepszy (choć nie wychował się w Szanghaju, a w obozie pracy, potem w Anglii, a jego matka mieszka w Japonii), żyje za pieniądze, które przysyła mu matka, brzdąka na gitarze i na skrzypcach, kocha heroinę i podobno Hong, a na pewno ją utrzymuje, przez większość czasu. W zasadzie kręcimy się wokół ćpania, chlania, szlajania po klubach, pisania, muzyki, odwyków, prostytucji. Pojawia się też temat AIDS i tu znowu uderza głupota niejakiego Żuczka, który nigdy nie używał prezerwatyw, bo nie lubi (zwłaszcza w Chinach, gdzie w wielu miejscach wydawane są darmowe środki antykoncepcyjne ze względu na politykę jednego dziecka). Autorka chyba trochę próbuje moralizować i pokazać nam, że to czy tamto jest złe, choć jej bohaterowie nie staczają się natychmiast, na początku próbują alkoholu czy narkotyków, a potem wpadają w nałóg z nudy. Z drugiej strony, jakbym nie miała żadnych pomysłów na życie i zainteresowań jak jej bohaterowie, to chyba najlepiej by było wiecznie chodzić nawaloną lub naćpanąJ
Cóż, nie czuję, żeby Cukiereczki coś szczególnego wniosły, ale też nie specjalnie mi zaszkodziły, ot jak komuś trafi w ręce można przeczytać. Co mnie denerwuje, to, to, że w Chińskich książkach i filmach (podobnie w kinie Koreańskim) i to nawet tych tworzonych przez kobiety królują naiwne kretynki, a to nie jest zgodne z prawdą, oczywiście są i takie, jak to w każdym kraju, ale czemu akurat z tego typu robić bohaterki? Jeżeli już z czegoś robić skandal obyczajowy, to może nie z tematyki książki (gdzie nie ma narkotyków, prostytucji i zbuntowanej młodzieży?), a raczej z przedstawiania kobiet jako bezwolne lub bezmyślne idiotki, i to piszę ja, która nie uważam się za feministkęJ
P.S. A najlepsze jest to, że zaczęło się lato i oficjalnie rozpoczęliśmy sezon na plaży, łącznie z pierwszymi kąpielami w morzu, a na plaży, jak się już utknie z książką, to się ją przeczyta, choć wolę utknąć z lepszą niż gorszą:)

środa, 4 maja 2011

Osiem zeszytów



„Osiem zeszytów” to kolejna pozycja po którą sięgnęłam z „Serii z miotłą”, kolejna napisana przez kobietę i o kobietach. Heloneida Studart brazylijska pisarka i działaczka na rzecz praw kobiet stworzyła ciekawą i ważną pozycję. Pisarka wybrała lubianą przeze mnie formę sagi rodzinnej aby pokazać losy kolejnych pokoleń rodu Nogueira Alencar. Ta szanowana i z pozoru wzorowa rodzina ma jak to zwykle bywa swoje brudy i mroczne sekrety i nie tylko sekrety, bo wiele ich praktyk jest ogólnie akceptowanych i powielanych w społeczeństwie w którym żyją.
W każdym pokoleniu rodziny, jedna z córek jest wybierana na starą pannę, która ma w przyszłości opiekować się matką, a pozostała lub pozostałe mają za zadanie wyjść dobrze za mąż.
Nikt nie liczy się ze zdaniem dziewcząt, są traktowane przedmiotowo, ich matki szykują im taki sam los, jaki był ich udziałem, z pokolenia na pokolenie przekazywana jest nienawiść. Jednak kobiety nie chcą być bezwolne, poszukują formy wyrażenia swoich uczuć i próbują się buntować.
Obserwujemy życie Mariany i Leonor, dwóch, dorosłych już sióstr oraz ich samolubnej i hipochondrycznej matki Mimi. Mariana choć zbuntowała się przeciw rodzinnej woli, która przeznaczyła ją na opiekunkę matki i jest uznanym prawnikiem , nie jest szczęśliwa, ciągle na nowo przeżywa utratę ukochanego mężczyzny i synka, żyje z mężem, którego nie kocha, martwi się o siostrę i matkę. Leonor, druga z sióstr od lat stara się o dziecko, bez wsparcia ze strony męża, żyje wyłącznie nienawiścią do niego. On poważany wykładowca na uniwersytecie jest w rzeczywistości głupim i ograniczonym samcem, dewotem, traktuje ją źle i już od nocy poślubnej poniża, aż doprowadza Leonor do ostateczności kiedy w jej ręce trafia słoik z arszenikiem.
Główna bohaterka, Mariana otrzymuje tytułowe osiem zeszytów, pamiętniki swojej ciotki Marii, która niedawno popełniła samobójstwo. Mariana odkrywa jak wiele wspólnego ma jej nieszczęśliwe życie z życiem ciotki, obie były „wybrankami” na stare panny i obie się zbuntowały. Dla Marii pisane w ukryciu dzienniki były jedynym ujściem emocji, pisze o swojej nieszczęśliwej młodości i utraconej miłości, a także o losie jaki przypadł jej młodszej siostrze Melbie i okrucieństwie kolejnej siostry Mimi-matki Mariany i Leonor.
Rzeczywistość, w której przyszło żyć kobietom jest przerażająca, rodzina, a później mąż mogą zdecydować o wszystkim: nadać sens życiu, lub je tego sensu pozbawić, siostra może zdradzić siostrę, z zazdrości, czy walcząc o lepszą pozycję w rodzinie, mąż może traktować żonę jak służącą, czy też zakwestionować jej wartość, bo nie dość krwawiła podczas nocy poślubnej, rodzice mogą skazać córkę na wygnanie, czy też powolną śmierć za nieposłuszeństwo.
Widzimy też, że ta najwyższa klasa społeczna najbardziej tonie w konwenansach, kobiety nieco niżej w hierarchii, jak krawcowa Lica, matka ukochanego Marii, cieszą się nieco większą wolnością, nie przejmują się oceniającym je społeczeństwem, a dzięki temu są wolne i mogą być szczęśliwe.
Dużym plusem jest sposób opisania rzeczywistości jaki wybrała autorka, nie moralizuje, nie ocenia, nie obiecuje, że przyszłość będzie inna i choć czujemy pewne rozgoryczenie głównej bohaterki i innych kobiet, autorka po prostu opisuje, a nam pozostaje wyciągnąć wnioski.