środa, 20 kwietnia 2011

Polędwiczka ze śliwkami

To proste, szybkie i smaczne danie, które uwielbia mój mąż.

1 spora polędwiczka wieprzowa (oczyszczona z tłuszczu i srebrnej błony)
Łyżka oliwy
Sól i pieprz do smaku
Kilka suszonych śliwek bez pestek
Kieliszek brandy
100 ml Słodkiej śmietanki

Wykonanie:
Zalewamy śliwki odrobiną wrzącej wody, tak, żeby je przykryła. Kroimy polędwiczkę w dość grube medaliony, solimy i pieprzymy. Na patelni o grubym dnie rozgrzewamy oliwę, obsmażamy polędwiczkę z obu stron, żeby się przyrumieniła, a nawet lekko zaczęła przypalać, wtedy wlewamy koniak i zdrapujemy przypalone resztki z patelni (możemy podpalić koniak jak lubimy takie zabawy, ja lubięJ), dodajemy śliwki z wodą, w której się moczyły i śmietankę, mieszamy i gotujemy przez kilka minut, aż sos trochę zgęstniej i podajemy, dobrze komponuje się z quinoa lub ryżem.
Smacznego!

środa, 13 kwietnia 2011

Dopóki mamy twarze

Mam ostatnio sporo szczęścia do książek, do niektórych zakupów przygotowuję się wcześniej, czytam recenzje, planuję co kupię, inne kupuję impulsywnie i tym większa moja radość jak się uda dobrze trafić.
„Opowieści z Narni” to jedna z moich ulubionych książek i wcale nie odbieram jej jako książkę wyłącznie dla dzieci, pomimo, że to ładna baśń. Dodatkowo nie zaprzyjaźniłam się z książką ze względu na jej popularność w ostatnich latach (choć oglądam ekranizacje kolejnych części i kiedyś oglądałam też brytyjski serial), dwutomowe wydanie wszystkich części „Opowieści...” dostałam od mamy wiele lat temu i na skutek wielokrotnego czytania i pożyczania niestety już się rozpadło.  Zawsze chciałam przeczytać coś, co C.S. Lewis napisał dla dorosłych, niestety nic nie mogłam znaleźć, podczas ostatniego pobytu w Polsce z miłym zaskoczeniem zauważyłam na półce w księgarni „Dopóki mamy twarze”.

Książkę skończyłam czytać dwa dni temu i „siedzi mi w głowie” cały czas i jestem pewna, że za jakiś czas przeczytam ją ponownie, a na to niestety rzadko mam ochotę, zwłaszcza od razu po zakończeniu lektury.
Lewis za inspirację swojej powieści przyjął mit o Erosie i Psyche, choć jak sam przyznaje traktuje go raczej za punkt wyjściowy i interpretuje na nowo. Narratorką i główną bohaterką autor uczynił Orual, córkę króla Troma, władcy starożytnej krainy Glome. Orual została obdarzona wyjątkową inteligencją i szkaradną twarzą, jej rodzona siostra Rediwal jest piękna, lecz niezbyt mądra, a dodatkowo, zazdrosna, kłótliwa, leniwa i kocha snuć intrygi, natomiast ich przyrodnia siostra Psyche, okazuje się wcieleniem spokoju, urody i mądrości, do tego stopnia, że ludzie biorą ją za boginię.
Dziewczyny mają ciężkie życie z porywczym i okrutnym ojcem, który szczerze ich nienawidzi i za wszelką cenę pragnie męskiego potomka aby przejął po nim władzę nad królestwem. Składa liczne ofiary bogini Ungit, choć traci cierpliwość, z racji, że dała mu jedynie bezużyteczne córki oraz, że królestwo nawiedzają coraz to kolejne plagi i bieda.
Edukacją dziewcząt zajmuje się grecki niewolnik-Lizajasz, zwany Lisem, Orual i Psyche przyjmują jego nauki z chciwą ciekawością, a jego samego kochają jak dziadka, natomiast Rediwal jest znużona przymusem nauki, szuka nowych plotek i miłostek, marzy głównie o wyjściu za mąż. Na skutek jej gadulstwa i intryg dochodzi do tragedii, zazdrosna Bogini żąda Psyche jako ofiary, na co król ochoczo przystaje, ciesząc się, że uratował własną skórę.
Orual pisze swoją książkę już jako stara i doświadczona królowa Glome, a ma ona stanowić  akt oskarżenia przeciw bogom, którzy kpią sobie z ludzi, traktują ich jak zabawki, zabierają to co kochają najbardziej, mamią obietnicami szczęścia i spokoju, po to tylko aby zadane im później cierpienie było większe.
Orual nie zawsze wierzyła w istnienie bogów, zwłaszcza, że była pod silnym wpływem pragmatycznych nauk Lisa, według którego religia i bogowie to tylko wiara dla mas, pospólstwa, które potrzebuje się do kogoś modlić i kogoś obwiniać za nieszczęścia i przypisywać bogom, to czego nie mogą zrozumieć. Jednak pewne wydarzenia w życiu królowej przekonują ją, że bogowie istnieją, a ludzie to ich zabawki. Orual czuje, że musi napisać swoją książkę, choć nie oczekuje odpowiedzi,  nie boi się też konsekwencji, gdyż całe jej życie było pasmem udręki; utrata ukochanej siostry, niemożność dzielenia życia z ukochanym mężczyzną, brzemię cierpienia, które zadała Psyche i musi się z nim ciągle zmagać.
Z czasem królowa, za sprawą swoich koszmarów nocnych, przywidzeń i również kilku rzeczywistych wydarzeń zaczyna dostrzegać inne strony historii swojego życia: cierpienie zadane innym, własną samolubność, o którą wcześniej oskarżała bogów, jak cienka granica dzieli miłość od nienawiści, jak łatwo krzywdzić i niszczyć tych, których rzekomo się kocha i jak łatwo zamknąć oczy na potrzeby i uczucia innych. Zaczyna się zastanawiać nad pobudkami jakie nią kierowały w życiowych wyborach, nad rzeczywistym obliczem i władzą bogów.
Orual ostatecznie dochodzi też do wniosku, że bogowie, nie dają nam odpowiedzi na zadane im pytania, dopóki zalewamy ich swoim bełkotem, nie potrafimy sprecyzować własnych myśli, kiedy nasze pytanie staje się tym właściwym, które, naprawdę chcemy zadać dostajemy odpowiedź.
Powieść jest niewątpliwie wielopoziomowa i zmusza do zastanowienia się  nad licznymi kwestiami: nad ludzką naturą i uczuciami, nad kwestią wiary, nad tym jak wiele spraw nigdy się nie przedawnia i nad tym w jakim stopniu kierujemy i możemy kierować własnym losem.
Przeczytałam też, że inspiracją dla postaci głównej bohaterki mogła być ukochana Lewisa Joy Gresham, a także, że rozważania filozoficzno- religijne to dylematy samego autora, który przeszedł w swoim życiu przez fazę zwątpienia i wiary; co jednak warto zaznaczyć, książka nie jest jakąś moralizatorską opowiastką nakłaniającą do wiary, jest bardzo daleka od podawania nam gotowych wniosków i rozwiązań.
A tak na marginesie, tym, którzy nie widzieli polecam film „Cienista Dolina” z 1993 roku, który opowiada właśnie historię C.S Lewisa i Joy Gresham  (znakomici Anthony Hopkins oraz Debra Winger) oraz przynajmniej lekko przybliża nam Inklingów, oksfordzki klubu dyskusyjny pisarzy, do której należał autor i na przykład również J.R.R. Tolkien.  

czwartek, 7 kwietnia 2011

Shantaram


Parę dni temu skończyłam czytać i w sumie z wielką przykrością, przykrością, że się już skończyło.  Dawno nic mnie tak nie wciągnęło i niczego nie połknęłam w takim tempie pomimo sporej objętości (ostatnio takie uczucia miałam w stosunku do nowego Irvinga). Naprawdę fantastyczna książka, jeżeli miałam do niej jakiekolwiek „ale” na początku, to mi przeszło w trakcie czytania.
Historia jest porywająca i cały czas chcemy wiedzieć co dalej, do tego lubimy bohatera i inne postaci, choć nie są do końca pozytywne i na pewno nie wszyscy „akceptowalni” w ogólnie przyjętych normach.  Mamy tu przegląd wszelkich możliwych postaci: narkomani, prostytutki, homoseksualiści, muzułmanie i hinduiści, mafia i światek filmowy Bollywood, ludzie wszelkiej maści i pochodzenia, wszyscy opisani niezwykle barwnie.
Historia jest w większym lub mniejszym stopniu biografią autora, a on przeżył dość żeby się tym podzielić i napisać nie jedną książkę. Główny bohater Lin, którego pierwowzorem jest Gregory David Roberts był skazany za napady z bronią i osadzony w Austarlijskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, stracił kontakt z żoną i córką, był uzależniony od heroiny, zdołał uciec z więzienia, wyjechał do Indii, mieszkał w slumsach i leczył jego mieszkańców, pracował dla mafii, pojechał na wojnę w Afganistanie...wystarczy, prawda? Te i wiele innych wydarzeń i ciekawych postaci upakowane ciasno na stronach powieści, opisane obrazowo i wiarygodnie. Nie chcę i nie będę opisywać szczegółowo historii i wydarzeń, myślę, że nie ma sensu, trzeba przeczytać, bo oprócz bogatej fabuły w książce jest dużo przemyśleń i dylematów bohatera, które nadają jej jeszcze inny wymiar.
Jeżeli autor rzeczywiście przeżył wszystko co jego bohater, to szczerze go podziwiam za wolę walki, umiejętność dźwigania się raz po raz z dna i zachowanie w tym wszystkim człowieczeństwa, wiary w ludzi i optymizmu. Ciekawe jest tło historyczne wydarzeń, na przykład zamach na Indirę Gandhi, wojna w Afganistanie, lektura książki skłania do poznania jeszcze lepiej opisywanych wydarzeń.
Tu taka moja dygresja, po wielu latach od mojej pierwszej podróży do Indii zrozumiałam dlaczego dostawca, Sikh, chętnie spotkał się w imieniny Indiry Gandhi, które w Indiach są świętem narodowym i nikt innych nie chciał spotkania w tym dniu, wiedziałam, że Sikhowie nie lubili pani premier za jej poglądy, zwłaszcza spojrzenie na system kastowy i próby poprawy bytu najbiedniejszych, ale muszę się przyznać, nie wiedziałam, że to wyznawcy tej właśnie religii dokonali zamachu na nią i czym sobie na to „zasłużyła”.
Podobają mi się w książce dysputy religijno-filozoficzne jakie toczy główny bohater z Kadirbajem-szefem bombajskiej mafii i innymi znajomymi. Dla każdego kto zna Indie trochę lepiej, opisy ludzi, ulicy i wszechobecnej korupcji są jak najbardziej oddające rzeczywistość, no może czasem z przesadną wiarą w uczciwość i dobre intencje zwykłych obywateli Indii. Podejrzewam, że to wynika z lepszej i szerszej znajomości Hindusów niż moja, bo ja bym raczej stwierdziła, że w Indiach prawie każdy nas próbuje oszukać, choć sama nie znoszę generalizowania.
Ja Indii szczerze nie lubię, byłam tam kilka razy i jakoś nigdy nie zawładnęły moim sercem, ani nawet jego częścią, tak jak udało się to na przykład Chinom, ale Indie Lina chętnie bym poznała, a Lin pokochał Indie całym sobą. Piorunujące wrażenie robi na mnie opis wszelkich okrucieństw czynionych w imię prawa i sprawiedliwości (o jak ładnie mi się napisało:)), przemoc w więzieniach;  czasem przychodziły mi na myśl skojarzenia z „W Imię Ojca”, głównie w odniesieniu do pobytu Lina w więzieniu w Indiach, a także w związku z niewątpliwie wzbudzającą sympatię osobą bohatera, który jednak niewiniątkiem nie jest. Fascynujące jest też przekonanie bohatera o konieczności odkupienia swoich win w połączeniu ze  ścieżkami, które obiera.
Bardzo mnie cieszy, że powstanie film na podstawie książki i wbrew głosom krytyki cieszę się, że Lina zagra Johnny Depp, choć nie wiem jak najprzystojniejszy aktor na świecie (moja subiektywna opiniaJ)może grać faceta, który uważa się za brzydala. Cieszę się, że Amitabh Bachchan zagra Kadirbaja, jest to aktor dobrze znany miłośnikom produkcji Bollywood, ale nie tylko, każdy kto widział „Slumdoga...”powinien pamiętać scenę, gdzie nasz mały bohater biegnie upaćkany gównem (przepraszam za dosłowność) na spotkanie ze swoim idolem, Bachchanem właśnie. No i na koniec cieszę się, że za film zabrała się reżyserska para Peter Weir i Mira Nair, bo to materiał na świetny film a im można pod tym względem zaufać.
P.S. małe "ale" do korekty wydawnictwa, niestety w książce są literówki, łącznie z okładką! to jakaś plaga ostatnio (mam tu na myśli 1Q84)

wtorek, 5 kwietnia 2011

„Woda różana i chleb na sodzie"



„Woda różana i chleb na sodzie" to kontynuacja "Zupy z granatów", o której pisałam tu. Niestety ta część nie zachwyca, nie jest zła, ale czegoś jej brakuje. „Zupa...” uwodziła smakiem i zapachem, każdy rozdział zaczynał się od przepisu, na danie, które później Mardżan przygotowywała, a autorka obrazowo opisywała. Niestety Marsha Mehran nie utrzymała tego schematu w kolejnej części, przepisy są, ale na końcu książki. Dodatkowo, dla kogoś, kto czytał poprzednią część autorka niepotrzebnie opisuje przeszłe wydarzenia, z kolei, dla kogoś, kto nie czytał, nie jest to opis dość szczegółowy i nic nie wnosi. Trochę tu zabrakło pomysłów i świeżości, a nie ma co wałkować tej samej historii w kółko i w kółko. Tyle minusów, ale na szczęście są i pozytywy. Książka idealnie sprawdziła się jako wciągające czytadło do samolotu, podczas lotu do Barcelony, lekki, ładny język, dalsze losy sióstr Amnipur i tajemnicza „syrenka”,  znaleziona na plaży przez Estelle (przyjaciółkę sióstr i dawną właścicielkę kawiarni, którą obecnie prowadzą) potrafią porwać na parę godzin. To ładna bajka o życiu małego miasteczka i o tym jak nie pozwolić, żeby nas przytłoczyły duchy przeszłości, oczekiwałam trochę więcej, ale nie jestem jakoś bardzo rozczarowana. Historia, mogła pójść odrobinę dalej,  nie ma zakończenia, być może autorka myśli o kolejnej części, jeśli tak, to już raczej po nią nie sięgnę, chyba, że gdzieś trafię przypadkiem.

wtorek, 22 marca 2011

Łosoś z porem pieczony w folii

To proste i pyszne danie, kuchni francuskiej,  warto spróbować.

Na dwie osoby:
2 filety z łososia po około 200g każdy
2 pory, tylko białe części, przekrojone na pół, a następnie na około 1,5 cm kawałki
Słodka śmietanka lub kremówka około 100 ml
Pół pęczka posiekanej natki pietruszki
Cytryna pokrojona na plasterki
Sól i pieprz
Oliwa z oliwek, około dwóch łyżek
Wykonanie:
Rozgrzewamy łyżkę oliwy na patelni i wrzucamy pora, lekko solimy, kiedy zacznie się rumienić, zmniejszamy temperaturę i dusimy pod przykryciem 6-8 minut.
Rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni Celsjusza, przygotowujemy dwa duże kawałki folii, w której będziemy piec rybę, ryba, nie powinna być ściśnięta, dlatego kawałki foli odcinamy dość duże.
Środek folii smarujemy oliwą, na to kładziemy trzy plasterki cytryny, filet, solimy i pieprzymy, kładziemy połowę porów, posypujemy natką i polewamy śmietanką, i zamykamy pakunek od góry, powtarzamy z drugim filetem.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy około 20-25 minut (można otworzyć pakunek i rozdzielić mięso, żeby sprawdzić czy ryba straciła już przeźroczystość w środku, bo grubsze filety mogą wymagać trochę więcej czasu)
Podajemy polane sosem, który wytworzył się w czasie pieczenia, lub, po prostu w folii.

piątek, 18 marca 2011

Nowa Fala

Jak ja lubię takie małe odkrycia, szukając jednej piosenki, która z resztą męczy mnie od lat kilku (dalej nie znalazłam, siostra dzięki za wsparcie i podsyłane linki:))odkryłam przypadkiem  francuską grupę Nouvelle Vague. Niezwykle przyjemna muzyczka, zachęcam do posłuchania, w sam raz na początek weekendu.

środa, 16 marca 2011

Karmel-Sukkar banat‎


Karmel chciałam zobaczyć już od jakiegoś czasu i cieszę się, że się udało. Tytułowy karmel, choć wygląda smakowicie, nie jest smakołykiem, a służy do depilacji, bo akcja filmu skupiona jest wokół malutkiego salonu piękności w Bejrucie.
Libańska reżyserka Nadine Labaki, która wcieliła się również w postać Layale, właścicielki zakładu, stworzyła barwny i ciepły obraz o kobietach. Film opowiada historie pięciu kobiet, w różnym wieku i z różnorodnymi problemami i marzeniami. Obserwujemy ich codzienne życie, rozmowy i dążenia, do szczęścia, miłości oraz wybory, których dokonują. Kobiety spotykają się w zakładzie, dyskutują o problemach, wspierają się na wzajem, próbują pomóc w rozwiązaniu problemów.  Dodatkowo ciekawe jest tło tych zmagań, rzeczywistość, w której przyszło im żyć,


Layale chce zarezerwować pokój w hotelu aby spędzić rocznicę z kochankiem i gdziekolwiek się udaje, pada pytanie o akt ślubu, samotnej kobiecie nie daje się możliwości spędzenia nocy w hotelu z jej nieślubnym partnerem. Dziewczyna pragnie szczęścia dla siebie, ale wkrótce, po poznaniu żony ukochanego zdaje sobie sprawę, że może się przyczynić się do czyjegoś nieszczęścia.



 Nisrine szykuje się do ślubu i nie tylko udaje przed rodziną ukochanego, że jest grzeczną i skromną dziewczyną, ale także ukrywa przed nim fakt, że nie jest dziewicą. Z pomocą i wsparciem przyjaciółek przechodzi operację przywrócenia błony dziewiczej.
Jamale walczy z upływającym czasem, próbuje zachować młodość i urodę, a także  zrealizować marzenia o karierze, jednocześnie zajmując się rodziną, nie czuje jednak ich wsparcia i jest zmęczona swoim życiem.
Rima, najbardziej skryta z bohaterek, ukrywa za twardą maską i złością swoją fascynację kobietami i orientację seksualną.
Najsmutniejsza ze wszystkich jest historia Rose, która nigdy nie znalazła w życiu czasu dla siebie i swoich uczuć, bo zajmowała się chorą psychicznie siostrą Lili i choć szansa na miłość pojawia się, w dość późnym już wieku, kobieta rezygnuje z tego uczucia, to luksus, na który nie może sobie pozwolić przy obowiązkach jakie sobie narzuciła.
Historie kobiet, nie są tak ważne jak ich emocje, cierpienie i  to jak sobie z nimi radzą i jak sobie pomagają. Labaki nie moralizuje, nie ocenia, pozostawia myślenie nam-obserwującym, a ona tylko pokazuje.

Dodatkowe atuty filmu, to piękne kolory, jak z filmów Almodovara i muzyka. Dla mnie również zobaczenie Bejrutu oczami jego mieszkanki, bo turyście miasto to wydaje się nowoczesne, otwarte, pełne energii i bardzo pociągające. W przeciwieństwie do innych krajów z dużym udziałem muzułmanów w przekroju wyznaniowym, czuje się swobodę, prawdopodobnie, dlatego, że udział chrześciajan jest też bardzo znaczny, ale głownie widać to patrząc po prostu na ludzi na ulicach i obserwując podejście do mnie, to znaczy kobiety turystki. Porównując pozycję kobiety z Dubajem czy Malezją, gdzie ja po prostu nie istniałam, w taksówkach, hotelach czy restauracjach, zwracano się wyłącznie do mojego męża (który notabene wygląda jak ArabJ), a przechodnie rzucali mu złe spojrzenia ze względu na białą, „rozebraną” żonę, która idzie sobie swobodnie, zamiast grzecznie dreptać za nim lub za rękę, w Libanie jest zupełnie normalnie. Z drugiej strony, pamiętam, że w zeszłym roku przed wyjazdem do Libanu, czytaliśmy, że o ile nie ma problemu z przekraczaniem granicy Libanu  na lotnisku w Bejrucie, to w przypadku wjazdu drogą lądową z sąsiednich krajów, powinniśmy mieć ze sobą akt ślubu, a kobieta w wieku pomiędzy 17- 30 lat podróżująca samotnie, pozwolenie męża i dodatkowe papiery... Czytałam, też o dużej skali i popularności zabiegów rekonstrukcji błony dziewiczej w krajach muzułmańskich i wśród muzułmanek za granicą, a przecież kobiety w tym filmie, kobiety na ulicach Bejrutu, są takie same jak wszędzie, mają podobne problemy i marzenia, to znaczy podobne i różne, bo co kobieta to cały ocean myśli, uczuć  i pragnieńJ

Polecam z czystym sumieniem, to ładny film i zostaje w głowie na dłużej.