czwartek, 15 marca 2012

Babskie bliny

Chociaż moja babcia pochodziła spod Wilna, a właściwie to duże uogólnienie, bo ze Święcian, to takich blinów u nas w domu się nie jadało. Z ciekawości sprawdzam sobie „bliny litewskie” i okazuje się, że robi się je na ziemniakach, czyli te z mąką gryczaną to rosyjskie i takie lubię najbardziej. Pierwszy raz jadłam bliny u ciotki mojego chłopaka wiele lat temu, były pyszne, potem wiele razy myślałam żeby zrobić, ale jakoś nigdy się nie składało, do czasu. Miałyśmy kiedyśm z moimi przyjaciółkami tradycję spotkań babskich z gotowaniem, wymyślałam co będziemy jeść, albo któraś rzucała pomysł na co ma ochotę, kupowałyśmy składniki, winko i spotykałyśmy się u którejś w domu. Uwielbiałam te spotkania, plotki, popijanie wina i wspólne gotowanie, ja przy garach (przeważnie) i kilka podkuchennych, choć też nie zapomnę pysznych naleśników Wery z rozmaitym nadzieniem i sosami i szarlotki Kate z ubitym mascarponeJ
Przez jakiś czas jedna z moich przyjaciółek pracowała jako kupiec owoców morza i innych rarytasów i była naszym dostawcą składników, schemat gotowania zmienił się o tyle, że dostawałam zadanie: mam szyjki rakowe, krewetki albo mam anchovies czy kawior, Malina wymyśl co mamy do tego kupić. Jak kawior, to bliny, co przygotowałam z szyjek rakowych opowiem przy innej okazji.  Nasza impreza z blinami była bardzo udana, jak zresztą wszystkie i niestety chyba nie do powtórzenia, bo jak się zgrać razem, wszystkie żeby wpaść do Polski, do Trójmiasta w tym samym czasie? Jedna z nas w Warszawie, dwie w Krakowie, jedna w Hong Kongu, jedna na Cyprze, jedna w Trójmieście i jedna się „wykruszyła”, spotykamy się zawsze, w okrojonym gronie, przeważnie idziemy coś zjeść, albo zamawiamy, bo szkoda czasu i nie możemy się „nagadać”, ostatnio spotkania zamieniają się w dwupokoleniowe, bo „większa połowa” ma już dzieci. Dla mnie bliny, oprócz doskonałego smaku będą miały zawszę tę wartość sentymentalną i będą przypominać czasy, kiedy pracowałyśmy razem, mieszkałyśmy blisko siebie  i co tydzień, co dwa musiałyśmy się spotkać w babskim gronie.

Przywiozłam sobie z Polski mąkę gryczaną z myślą o blinach i przepisie na chleb, który chcę wypróbować. Nie mogłam znaleźć mojego przepisu na bliny, po tylu przeprowadzkach, niestety, wiele rzeczy ginie. W książce kucharskiej „Kuchnia Rosyjska” był przepis, ale z wykorzystaniem wyłącznie mąki gryczanej, a pamiętałam, że mój miał też pszenną, ostatecznie znalazłam przepis, który wyglądał „jak trzeba” tu, cytuję za Liską:
Bliny
ok. 25 sztuk o średnicy 10 cm

Zaczyn:
15 g świeżych drożdży
1 łyżeczka cukru
120 ml letniej wody

Ciasto:
4 jajka
350 ml letniego mleka
80 g masła, stopionego i ostudzonego
220 g mąki pszennej
80 g mąki gryczanej
1/2 łyżeczki soli
do smażenia: masło lub olej roślinny

Zaczyn:
wszystkie składniki wymieszać w misce i odstawić na 20 minut, by "ruszyły".
Ciasto:
Białka oddzielić od żółtek i ubić je na sztywną pianę. Odstawić.
W drugiej misce połączyć oba rodzaje mąki i sól, następnie wlać rozczyn, żółtka, mleko i masło. Zmiksować zwracając uwagę na to, by w cieście nie było grudek.
Dodać pianę z białek i łyżką (nie mikserem!) energicznie i dokładnie ją wmieszać. Ważne, by nie mieszać za długo, ale jednocześnie ważne, by pianę dobrze rozprowadzić w cieście.
Odstawić na 2 h. W tym czasie ciasto podwoi albo potroi swoją objętość, stanie się rzadkie i pełne bąbelków. Tak ma być :)

Na patelni rozgrzać masło lub olej roślinny (ja wybieram tę drugą opcję, jest mniejsze ryzyko przypalenia) i wlewając po 2 łyżki ciasta, formować placuszki. Smażyć ok. 2 minut z każdej strony. Usmażone przełożyć albo do żeliwnego, zamykanego garnka albo na talerz przykrywając je jednocześnie folią aluminiową. Ważne, by nie ostygły, zanim skończymy je smażyć.
Gotowe bliny możemy podawać z kwaśną śmietaną, kawiorem albo sałatką śledziową.
  I moje uwagi:
1.    U mnie nie ma świeżych drożdży, użyłam suszonych, nie odstawiałam zaczynu do wyrośnięcia.
2.    Zawsze smażę wszelkie placki i naleśniki na patelni do naleśników i nie używam dodatkowego tłuszczu do smażenia, bo nie potrzeba.

Cóż kawior Kate był lepszy od tej namiastki, którą udało mi się kupić, ale i tak było smacznie, dla mojego męża zupełnie nowe smaki, co prawda jadamy kaszę gryczaną (z Polski, a ostatnio z nowej rosyjskiej półki w supermarkecie), ale blinów nigdy nie próbował, kawioru też nie, a śmietanę też kupuję tylko od święta, bo to trudno dostępny produkt...
Do blinów przygotowałam sałatkę, to taka zimowa sałatka, z burakiem, choć ja na brak warzyw u mnie nie mogę nigdy narzekać.

Sałatka z burakiem, pomarańczą, fetą i karmelizowaną cebulą
rukola
pomarańcza
buraki w occie (albo gotowane jak wolicie)
czerwona cebula
ocet balsamiczny
sól
pieprz
feta

Cały sekret tej sałatki to cebula, kroimy ją na plasterki, lub drobniej, wrzucamy na odrobinę rozgrzanej oliwy, dodajemy szczyptę soli i powolutku dusimy, jakieś 15 minut, ogień powinien być mały, a cebula nie ma się rumienić, tylko dusić i karmelizować we własnym soku, jeżeli zaczęłaby się przypalać, możemy dolać odrobinę wody, ale przeważnie nie trzeba, należy zamieszać od czasu do czasu, na koniec dodajemy 1-2 łyżki octu balsamicznego.
Kiedy cebula się dusi przygotowujemy resztę, wrzucamy rukolę do miski, obieramy pomarańczę, odkrajając skórkę z zewnętrzną błonką okrywającą miąższ i kroimy na plasterki (sok który wyciekł w czasie krojenia dodałam do cebuli), układamy na rukoli, na to plasterki buraka, uduszona cebulka i trochę pokruszonej fety i świeżo zmielony pieprz, jeżeli potrzeba można polać jeszcze odrobiną oliwy, choć nie trzeba.
A teraz tylko zajadać!

czwartek, 9 lutego 2012

1Q84 Tom 3

To było zaplanowane wyłamanie się z niekupowania nowych książek, po prostu musiałam skończyć trylogię. Nie, nie przeszkadza mi, że książki czekają na półce (i wszędzie indziej gdzie da się je upchnąć) na swoją kolej, chodzi o względy praktyczne, może w końcu uda się stąd wyjechać i trzeba będzie wysyłać i wysyłać paczki, a książki są ciężkie, a zapas nieprzeczytanych spory.

Nie wiem czemu większość recenzji, które znajduję jest negatywna lub bardzo umiarkowanie pozytywna. Mi się ostatni tom podobał i podobała mi się całość, ale te mało pozytywne recenzje, wyszły spod pióra osób, które przeczytały więcej Murakamiego niż ja, więc nastawiają mnie pozytywnie do kolejnych książek, skoro są lepsze niż ta.
Na początku drażniło mnie wprowadzenie trzeciego, równoprawnego narratora w postaci Ushikawy, wydał mi się taką „zapchaj dziurą” spowalniająca akcję, z czasem go doceniłam, jako element spinający pozostałe postaci i wydarzenia. Również dzięki nowemu narratorowi autor przemycił sprytnie wiele nowych informacji, bez wyjawiania ich pozostałym bohaterom, aż do końca.
Podoba mi się motyw długo wyczekiwanej miłości i przeświadczenia bohaterów, że należą do siebie i jeżeli tylko się odnajdą to mają wspólną przyszłość. Liczyłam może na jakieś rozwiązanie tajemnic związanych z sektą, które nie nastąpiło. Całość jest zdecydowanie bardziej zamknięta i kameralna niż poprzednie części, niewiele tu akcji, w dużym stopniu wynika to z pogłębiającej się alienacji bohaterów od świata zewnętrznego i dosłownego zamknięcia w czterech ścianach w przypadku dwójki bohaterów.
Zastanawiałam się, czy bohaterowie rzeczywiście żyją w odmiennej rzeczywistości, skoro tak, dlaczego tylko Tengo, Aomame, Ushikawa i Fukaeri dostrzegają dwa księżyce? I czy rzeczywiście jest droga wyjścia z Miasta Kotów, czy też roku 1Q84, jak nazywają czasoprzestrzeń, w której się znajdują „wtajemniczeni”.
Murakami po raz kolejny stworzył ciekawy świat, równoległe światy? I wrzucił bohaterów do tej króliczej nory i wygląda na to, że od nich zależało jak to rozegrają i czy znajdą wyjście, a może właśnie, wcale nie od nich, bo przecież tak ważne było tu przeznaczenie?  

środa, 8 lutego 2012

Dobrze jest jak jest


Wiem zniknęłam, na całe wieki, nie będę się usprawiedliwiać, nie miałam ochoty na pisanie. Zdążył się zmienić rok i w naszym kalendarzu i w chińskim, dlatego życzę Wam wszystkiego...na co tylko macie ochotę. To ma być dobry rok i chcę w to wierzyć, bo w końcu musi, bo z tym, że „Dobrze jest jak jest” ja się nie zgadzam, choć i w tytule książki Annie Proulx użyła tego stwierdzenia przewrotnie, a nie dosłownie.

Od dawna chciałam przeczytać  coś Annie Proulx, zachęcona filmami na podstawie jej książek (Kroniki Portowe i Tajemnica Brokeback Mountain). Niestety, chyba nie trafiłam najlepiej, bo ja nie bardzo lubię opowiadania i Dobrze jest jak jest, tego nie zmieniło. To nie jest zła książka, po prostu nie do końca dla mnie. Autorka poświęca dużo czasu na przybliżenie nam postaci, kim są, co ukształtowało każdego z bohaterów i to byłby ciekawy element powieści, ale w opowiadaniu, które zaraz potem się kończy, było tego za dużo, albo całego opowiadania za mało.
Miejscem wydarzeń opowiadań jest Zachód Stanów Zjednoczonych, poznajemy losy, a właściwie fragmenty z życia pionierów, ranczerów i poganiaczy bydła, wszystkie tragiczne, zdecydowanie więcej tam walki o swoje miejsce na świecie, niż spokojnej codzienności. Z tej tematyki wyłamują się dwa opowiadania o piekle i szatanie, dodatkowo utrzymane w innym, satyrycznym klimacie.
Muszę przyznać, że poszczególne opowiadania zapadły mi w pamięć, ale po prostu czuję niedosyt, widzę materiał na więcej. Niemniej sięgnę po kolejną książkę autorki, bo styl pisania i kreślenia bohaterów oraz obrazowe opisy przyrody są obiecujące.

wtorek, 20 grudnia 2011

O północy w Paryżu

Jak już narzekałam na Cypr wiele filmów nie dociera, albo docierają z opóźnieniem, tak też był z O północy w Paryżu. Cieszę się, że udało nam się wczoraj wybrać do kina, bo dziś wyjeżdżamy i w ogóle byśmy nie zobaczyli.

Dawno się tak dobrze nie bawiłam w kinie, humor dokładnie taki, jaki lubię, zarówno w dialogach, jak i sytuacyjny, zwłaszcza postać Paula dostarcza sytuacji do śmiechu. Dodatkowo piękne zdjęcia Paryża, trochę znanych miejsc, a wiele takich zwyczajnych, urokliwych, bo choć o życiu w Paryżu nie marzę, to jednak miło go zobaczyć od czasu do czasu, a teraz już dawno nie widziałam. Co jeszcze? Dobrzy aktorzy, cały przegląd przezabawnych postaci, ach ten Dali i jego nosorożceJ

Przesłanie filmu “The grass is always greener on the other side of the fence”, to coś dla mnie, moja przyjaciółka Madzia zawsze mi wypomina takie myślenie i...pewnie ma trochę, albo i trochę więcej racji, a życie w latach 20 też nie raz mi się marzyło jak bohaterowi filmu (ach te stroje i imprezy!).


Nasz bohater, Gil,  trochę utknął, marzy o życiu w przeszłości, pisze powieść i nie idzie mu najlepiej, do tego przygotowuje się do ślubu z kobietą z piekła rodem z jeszcze koszmarniejszej rodziny (swoją drogą Amerykanie są ukazani jako wyjątkowo płytcy i antypatyczni turyści). Gilowi z pomocą w jego zmaganiach przychodzą podróże w czasie i poznane w przeszłości sławne postaci: Ernest Hemingway, F. Scott Fitzgerald, Gertrude Stein i wiele innych, dzięki nim i pięknej Adrianie (kochance Picassa, Modiglianiego i innych artystów) odkrywa czego chce od życia i postanawia to zrealizować i zacząć żyć w teraźniejszości.
To nie jest film wybitny, ale uroczy, zabawny i na pewno wart obejrzenia. Polecam.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Koniec świata i Hard-boiled Wonderland

Utknęłam ostatnio jak nigdy, czytałam jedną książkę, przez kilka miesięcy i to zdecydowanie nie była wina książki. Po trochu złożyło się na to lenistwo, nie chciało mi się najzwyczajniej w świecie, czytałam parę stron przed zaśnięciem i padałam, po trochu złożyło się na to oglądanie seriali, swoją drogą polecam Broadwalk Empire, Game of Thrones i Fringe, a po ostatnie, to, że czytałam po angielsku, a to jakoś sprawia mi mniejszą przyjemność, niż czytanie po polsku, choć walczę z sobą, bo to spora oszczędność, kiedy możemy czytać te same książki z X, zamiast kupować polskie i greckie.

Koniec świata i Hard-boiled Wonderland, to moje drugie spotkanie z Murakamim, choć pierwsze, jest jeszcze nie kompletne (już za kilka dni zakupię 1Q84 tom trzeci i będzie kompletne!) i kolejne udane. Nie wiem, czy Murakami zawsze prowadzi akcję na dwóch planach, ale tak jest w przypadku obu pozycji, z którymi się zetknęłam i na razie nie znudził mnie ten zabieg. Mamy dwa światy, jeden realny, drugi baśniowy, dobrze zbudowane, odkrywane przed nami po kawałku, na przemian. Od początku domyślałam się, jak są połączone, częściowo miałam rację, częściowo trudno było wymyślić do końca jak autor je połączy i spodziewałam się też innego zakończenia.
Nasz bohater żyje sobie spokojnie, trochę na uboczu i wcale nie ma ochoty się wyróżniać z tłumu, a przychodzi mu zmierzyć się przygodami na miarę Alicji w Krainie Czarów, w zasadzie staje się taką Alicją. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że Murakami napisał tę książkę już ponad 20 lat temu, bo czyta się ją jakby była dopiero napisana, wizja świata trochę jak z Matrixa, dalej może być obrazem przyszłości, praca głównego bohatera, który zajmuje się przetwarzaniem i enkrypcją danych we własnym, odpowiednio zaprogramowanym mózgu, dalej jest ciekawą koncepcją.  Co mi się podoba u autora, to też jak rysuje postaci, trochę zagubione w świecie, czy raczej odizolowane, trochę nieszczęśliwe, ale zdecydowanie emocjonalne i szukające uczuć, otwarte na nie. Nie chcę pisać za dużo, bo nie chcę psuć przyjemności czytania, tym, którzy po książkę dopiero sięgną. Polecam.

Pierniczki jak alpejskie

W tym roku nie upiekłam klasycznych pierniczków całusków, upiekłam nadziewane pierniczki w stylu alpejskich. Część nadziałam powidłami śliwkowymi i posmarowałam lukrem ( i krótko z nim zapiekłam), część nadziałam konfiturą morelową i polałam gorzką czekoladą, a po wyczerpaniu nadzienia, resztę upiekłam bez niczego i polałam mleczną czekoladą i gorzką czekoladą.

Pierniczki jak alpejskie
Przepis od Dorotuś

Składniki:

1 kg mąki pszennej
8 żółtek
3 białka
1,5 szklanki cukru
3 łyżki kakao
200 ml gęstej, kwaśnej śmietany
3 łyżeczki sody
4 łyżeczki przypraw (2 cynamonu, 1 goździków, 1/2 kawy rozpuszczalnej, 1/2 pieprzu), można dodać przyprawę do pierników, ja dodałam cynamon, goździki i ziele angielskie, utłuczone w moździerzu, 8 łyżek, ale ja lubię bardzo mocne pierniczki)
1 kostka masła/margaryny (250 g)
1 słoik miodu (400 g)

Dzień przed pieczeniem:

Kakao wymieszać z mąką w dużej misce, odstawić. Miód zagotować z przyprawami, odstawić, włożyć masło, poczekać aż się rozpuści, a potem wystygnie. W śmietanie rozpuścić sodę, odstawić - śmietana zwiększy swą objętość (powinna mieć temperaturę pokojową). Białka ubić na pianę, dodać cukier, ubijając, dodawać żółtka. Ubite jaja wlewać do mąki i delikatnie wymieszać, wlać miód i dalej mieszać. Na koniec dodać śmietanę z sodą. Ciasto będzie dość rzadkie. Odstawić je przykryte w chłodne miejsce, w ciągu 24 godzin zgęstnieje.

W dniu pieczenia:

Ciasto podsypać mąką, rozwałkować na gubość 3 mm (nie cienko, najsmaczniejsze są te grubsze pierniczki) i wykrawać pierniczki. Mocno podsypywać maką.
Blachę wyłożyć papierem lub folią aluminiową, pierniczki ułożyć w pewnej odległości od siebie.
Piec w temperaturze 180ºC przez 7-12 minut (w zależnosci od grubości i wielkości, ja piekłam 11 minut nadziane i 7 minut te bez nadzienia). Studzić na kratce. Można pierniczki polukrować lub ozdobić. Jeśli mają być błyszczące, przed pieczeniem posmarować roztrzepanym białkiem.

Smacznego :)

* pierniczki są mięciutkie jak są ciepłe, potem lekko twardnieją, są mięciutkie znowu po 2 tygodniach (czyli piec minimum 2 tygodnie przed świętami); przechowywać w szczelnym pojemniku

Melomakarona i Kourabiedes- cypryjskie ciasteczka na Boże Narodzenie

Śpieszę się żeby wrzucić zdjęcia i przepisy przed Świętami. Te dwa rodzaje ciasteczek to typowe wypieki świąteczne na Cyprze i w Grecji, pełne orzechów, pachnące miodem, bardzo polecam. Oba przepisy autentyczne, od ciotki mojego męża, a u niej od jej mamy. Co roku zastanawiam się które bardziej lubię słodkie od syropu melomakarona czy kruche migdałowe kourabiedes, trzeba upiec oba i próbować!

Melomakarona (μελομακάρονα)

składniki:

8 filiżanek mąki
2 filiżanki oleju
1/2 filiżanki soku z pomarańczy i otarta skórka z jednej
1 łyżka proszku do pieczenia
3/4 filiżanki cukru
kieliszek brandy
1 łyżka cynamonu

syrop:
1 i 1/2 filiżanki wody
1 filiżanka cukru
4 łyżki miodu
Do nadziania i posypania:
orzechy włoskie, daktyle, tarte migdały

Wykonanie:
Banalnie proste. Mieszamy olej, sok i skórkę z pomarańczy i brandy z cukrem, następnie dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i cynamon, wyrabiamy ciasto, jeżeli jest zbyt suche możemy dodać 1-2 łyżki wody.
Przygotowujemy orzechy i daktyle do nadziania-kroimy na ćwiartki. Migdały do posypania możemy drobniutko posiekać, albo wrzucić do malaksera, ale uważając, żeby nie zamienić ich w miazgę i zostawić trochę grubszych kawałków. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni C.
Ciasto dzielimy na kuleczki wielkości orzecha włoskiego (mi wyszło 63), każdą kulkę rozpłaszczamy na placuszek w środek wkładamy ćwiartkę daktyla i  jedną lub dwie ćwiartki orzecha włoskiego, całość zwijamy i zlepiamy w owalny kształt, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i kontynuujemy z resztą ciasta, kiedy blacha się zapełni, każde ciasteczko delikatnie spłaszczamy widelcem, tak żeby zostawić delikatne podłużne ślady i wstawiamy do piekarnika, pieczemy 20-25 minut, ciasteczka nie muszą być bardzo ciemne, nabiorą jeszcze koloru od syropu.
W czasie gdy ciastka się pieką przygotowujemy syrop, podgrzewamy wszystkie składniki na niedużym ogniu do zagotowania, ściągamy szumowiny (pianę, zwał jak zwał), odstawiamy.
Tuż przed wyjęciem ciastek z piekarnika ponownie podgrzewamy syrop i zostawiamy go, tak żeby tylko lekko mrugał, wrzucamy do niego gorące ciastka, partiami, obracamy je, tak, żeby całe pokryły się syropem, po około 2-3 minutach wyciągamy, układamy na kratce lub talerzu i posypujemy tartymi migdałami.
Smacznego!
Z kolejnym przepisem wiąże się zabawna historia. W przepisie widnieje tajemniczy spry, to bardzo popularna na Cyprze dość miękka margaryna w puszce, zupełnie bezwonna, dostępna w każdym markecie, możecie użyć wyłącznie masła, lub użyć Kasi czy innej margaryny do pieczenia. Wyciągnęłam wczoraj przepis i patrzę 1 Spry, chciałam zastąpić masłem więc googlam, żeby sprawdzić ile taki jeden Spry ma gram, wchodzi mi link na wikipedii, że Spry był produkowany od 36 do 60 roku, a obecnie jest dostępny tylko na Cyprze i nawet jest zdjęcie puszki tego obecnie produkowanego, oprócz tego jest wyjaśnienie na about.com, co to jest Spry i masę pytań na różnych stronach w stylu „przepis mojej babci zawiera Spry, co to jest?” itp, pośmiałam się i opowiadam mężowi. On mi na to, że jedna z jego ciotek, która mieszka w Atenach, kiedyś wzięła jakiś przepis od ciotki z Cypru i widząc na liście składników Spry i nie wiedząc co to, dodała SpriteJ Nie muszę chyba tłumaczyć, że ciastka nie wyszły. Cóż u mnie okazało się, że nie mam aż tyle masła w domu, więc X pojechał i kupił Spry...

Kourabiedes (κουραμπιέδες)
składniki:
4-5 filiżanek mąki
175 gram masła
1 spry (350gram)
1 filiżanka cukru pudru
2 żółtka
2-3 łyżki brandy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 filiżanka lekko posiekanych migdałów
cukier waniliowy
do posypania:
cukier puder
Wykonanie:
Ucieramy masło i/lub margarynę, dodajemy cukier i cukier waniliowy, a potem po jednym żółtka i brandy, na końcu mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdały.
Ciasto będzie lekko klejące, ale powinno dać się formować, jeżeli jest zbyt miękkie podsypcie więcej mąki. Ciasto chłodzimy około godziny w lodówce.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni C.
Ciasto dzielimy na kuleczki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiamy trochę miejsca, bo ciastka urosną, delikatnie spłaszczamy je dłonią. Pieczemy około 20 minut, aż się lekko zrumienią, po wyjęciu natychmiast posypujemy grubo cukrem pudrem. Nie przenosimy ciastek dopóki nie ostygną, bo się rozpadną. Z podanej ilości wychodzi 60-70 ciastek.
Polecam!