poniedziałek, 17 stycznia 2011

Ratatouille


Uwielbiam Ratatouille i ja i mąż, zarówno jako dodatek do mięsa, jak i jako sos do makaronu, czy nawet omleta. Wersje są różne, jedne duszone inne pieczone, przepis na moją poniżej.
1 spory bakłażan lub dwa mniejsze
2 cukinie
2 czerwone cebule
2 -3 kolorowe papryki
Kilka ząbków czosnku
Puszka krojonych pomidorów
pieprz, ostra papryka, po pół łyżeczki

cukier, cynamon szczypta
słodka papryka łyżeczka
oregano sporo (ja dodaję ze trzy –cztery łyżeczki)
Kostka rosołowa warzywna lub rosołek (pół litra)
Oliwa z oliwek łyżka
Wszystkie warzywa kroję w plasterki, łącznie z czosnkiem, wrzucam na dużą patelnię lub woka i podsmażam krótko, na oliwie,  zalewam wodą i dodaję kostkę rosołową (jeżeli macie rosół, zalejcie rosołem) i pomidory z puszki, dodaję tyle wody, żeby warzywa były prawie całkowicie przykryte, potem odparuje. Jeżeli będzie trzeba, możecie pod koniec dosolić, ja tego nie robię, bo kostka rosołowa jest słona. Dodaję przyprawy, doprowadzam do wrzenia i duszę od czasu do czas mieszając, aż warzywa zmiękną, a sos zrobi się gęsty, około 40 minut. Można zajadać.

piątek, 14 stycznia 2011

Sekretne życie pszczół



Czternastoletnia Lily Owens nie ma w życiu lekko, wychowuje ją surowy, niekochający ojciec, od którego jej mama kiedyś uciekła i czarnoskóra niania Rosalene. Na domiar złego dziewczynka musi żyć ze świadomością, że przez przypadek zabiła swoją mamę. Kiedy Lily miała cztery latka, podczas kłótni rodziców spadł na podłogę rewolwer, mała chcąc obronić matkę, przed dalszymi ciosami ojca, chwyciła go i wystrzeliła, a kula zabiła jej mamę.
Lily dorasta w czasach, kiedy Martin Luther King walczy o prawa obywatelskie czarnoskórych Amerykanów. Pewnego dnia jest świadkiem pobicia Rosalene przez rasistowskich mieszkańców ich miasteczka, dziewczyna trafia do szpitala, ale nawet tam nie jest bezpieczna. Lily postanawia uciec od ojca i zabrać ze sobą swoją nianię. Wśród kilku, nielicznych, pamiątek po matce znajduje się obrazek przedstawiający czarnoskórą Matkę Boską, a na odwrocie nazwa miasteczka, Lily podejrzewa, że tam mogła ukrywać się jej mama kiedy uciekła z domu i postanawia wyruszyć właśnie tam.


Rosalene i Lily trafiają do domu czarnoskórych sióstr Boatwright, które prowadzą pasiekę. Najstarsza z sióstr –August postanawia przygarnąć dziewczyny i zatrudnić je do pomocy przy produkcji miodu, nie dociekając przy tym prawdy, o tym, kim są i jak, tak naprawdę, się u nich znalazły, pomimo protestów swojej młodszej siostry June. Z czasem Lily znajduje odpowiedzi na swoje pytania na temat przeszłości matki. Dziewczyna boi się zadać tylko jednego pytania, czy mama uciekła tylko od ojca, czy też od niej? Czy w dniu tragicznej w skutkach kłótni rodziców, wróciła, aby się spakować, czy żeby ją zabrać? Choć głęboko wierzy, że dziecko nie może mieć obojga rodziców, które go nie kochają, co podkreśla w rozmowie z August.
Sekretne życie pszczół, to ciepła i wzruszająca historia, gdzie bohaterom jest dane znaleźć „ich miejsce na świecie”. Wątek rasowy jest bardzo zgrabnie, naturalnie wpleciony w całość, jako element losów bohaterki i czasów, w których dorastała i jako element, który ją kształtuje. Film, nie jest nachalny, ani zbyt dramatyczny, choć niewątpliwie wyciśnie trochę łez u bardziej na to podatnych. Ja sam ryczałam jak bóbr, kila razy, a moja bardziej wytrzymała siostra ocierała łezki ukradkiem.

Na koniec, jestem zachwycona odtwórczynią roli Lily (Dakota Fanning), to naprawdę niesamowita młoda aktorka i bez niej ten film byłby niczym. Widziałam ją też w „Winged Creatures”, a siostra kazała mi obejrzeć „Hounddog”, co zamierzam zrobić, przy najbliższej okazji. Rozmawiałyśmy też o Queen Latifah, która wcieliła się w rolę August, a tego samego wieczora obejrzałyśmy ją też w „Valentine’s Day” i po raz kolejny pokazała, że za jaką rolę się nie weźmie, suki, czy anioła, to dobrze jej wyjdzie. Należy też wspomnieć, że w filmie June zagrała Alicia Keys, kolejną z sióstr, lekko upośledzoną umysłowo May  Sophie Okendo, a Rosalene Jennifer Hudson.

środa, 12 stycznia 2011

Lód i woda, woda i lód


Podczas pobytu w Polsce i w drodze powrotnej czytałam „Lód i woda, woda i lód” - Majgull Axelsson. Zachęcona recenzjami książek autorki na kilku blogach, które poczytuję (Czwarta siostra wg Axelsson, Dom Augusty, Lód i woda, woda i lód ) już od jakiegoś czasu chciałam przeczytać coś, co napisała. Chciałam zacząć od Domu Augustyny lub Kwietniowej Czarownicy, ale w moje ręce wpadała właśnie ta książka.

Akcja książki toczy się na kilku planach czasowych i opowiada ona historię kilku bohaterów. Punktem wyjściowym jest wyprawa lodołamacza Odyn na Ocean Arktyczny, w której bierze udział 60-osobowa grupa naukowców w tym główna bohaterka-Susanne. W czasie podróży, ktoś wielokrotnie włamuje się do jej kabiny i pozostawia ślady swoich wizyt, próbując ją zastraszyć. Susanne pomimo przerażenia próbuje ukryć ten fakt przed pozostałymi pasażerami i załogą.
Dowiadujemy się, że Susanne jest autorką popularnych kryminałów i trochę czuje się jak bohaterka jednego z nich, jednak dopiero jej wspomnienia wyjaśniają lepiej jej dość dziwną reakcję na nękanie przez współpasażera.
Powoli poznajemy historię trzech pokoleń kobiet z rodziny Susanne i to jak przeszłość ją ukształtowała, a raczej okaleczyła. Poznajemy historię mamy Susanne Inez i jej siostry bliźniaczki Elsie, które bardzo sobie bliskie jako dzieci, z wiekiem tracą zupełnie wspólny język i narasta między nimi coraz większa niechęć. Okazuje się, że Susanne zupełnie zabrakło matczynej miłości, bo ta całe swoje uczucie przelała na jej „przyszywanego brata” Bjorna, którego porzuciła jeszcze jako niemowlę jej siostra bliźniaczka.
Z czasem wyjaśniają się motywy kierujące Elsie, a także widzimy, że nigdy nie przestała czuć się winna i analizować swojej decyzji. Widzimy też jak wydarzenia z dzieciństwa wpłynęły na bliźniaczki, a także, że nie uchroniło ich to przed popełnieniem całej masy błędów i skrzywdzeniem ich własnych dzieci.
Co denerwuje to, cała masa niedopowiedzeń między bohaterami, czytając miałam wrażenie, że gdyby posadzić bohaterów, zmusić ich do dialogu, ich życie było by łatwiejsze, a dźwigany ciężar mniejszy. To samo dotyczy relacji Elsie i Inez z ich matką. Nie mam nawet na myśli wielkiego pojednania i happy endu, a tylko uwolnienie się od tych „duchów przeszłości”, żeby bez nich iść dalej. Elsie podejmuje tę próbę z Bjornem, wybiera jednak, dość bezmyślnie, zły moment. Miałam też wrażenie, że ten ogrom frustracji, konfliktów i nienawiści nie pozwala bohaterom w pełni dojrzeć, mimo upływu lat. Widać taką egoistyczną postawę, „byłam skrzywdzona, jestem nieszczęśliwa, to teraz mi się należy (wybaczenie, nowy start, itp. ). Dojrzałą analizę i spojrzenie na przeszłość widać dopiero pod koniec powieści u Susanne, która też już nie jest w tym momencie młódką. Natomiast, dzięki tak zbudowanym postaciom udało się autorce stworzyć naprawdę wciągającą i rozbudowaną historię, którą czyta się naprawdę szybko.
Dzięki retrospekcjom i licznym wątkom chcemy czytać dalej, aby poznać ciąg dalszy każdej historii i każdego bohatera i pozostaje nam niedosyt nawet po zakończeniu lektury.

Muszę jeszcze dodać, że przeczytałam recenzje kilku osób rozczarowanych książką, ze względu na powtarzalność autorki w stosunku do jej poprzednich powieści. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z Axelsson i na pewno nie ostatnie.

Smakowita "Zupa z Granatów"


“Zupę z Granatów” Marshy Mehran zabrałam jako książkę „na drogę” do Polski. Stała sobie u mnie na półce już od ponad roku, bo okładka i opis z niej skusiły mnie do jej zakupienia w zeszłym roku w listopadzie, a objętościowo wyglądała jak coś w sam raz na podróż samolotem i czekanie na lotnisku.
Autorka przedstawiła losy trzech sióstr Aminpur, które kilka lat wcześniej uciekły z ogarniętego wojną Iranu i w przypadku Bahar, środkowej siostry, również od męża potwora. Dziewczyny początkowo znalazły się w Londynie, jednak i stamtąd musiały uciekać.
Książkę rozpoczyna przybycie sióstr do małego irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh, gdzie otwierają Cafe Babilon, serwującą egzotyczne, perskie potrawy. Najstarsza z sióstr, Mardżan stara się zastąpić siostrom matkę, chroni je i opiekuje się jak tylko może, to ona też ma niezwykły talen do wyczarowywania cudownych potraw. Dzięki temu talentowi i sile Mardżan dziewczęta zjednują sobie po woli przychylność początkowo nieufnych mieszkańców miasteczka. Czytając od razu nasuwają się skojarzenia z „Czekoladą” (filmem, bo książki nie czytałam), historia jest w wielu elementach podobna, podobny jest klimat, walka o akceptację, jeden zły człowiek, który w zasadzie „trzęsie” całym miasteczkiem, wątek kulinarny,  a nawet cyganie. Na szczęście książka nic a nic na tym nie traci, historia wciąga, ciekawe są wspomnienia sióstr z Iranu, z początków wojny. Dla mnie dodatkowym plusem jest zamieszczony w każdym rozdziale przepis na danie kuchni Irańskiej i na pewno te przepisy wypróbuję. Książkę czyta się łatwo i szybko, ale nie jest płytka, przykre wspomnienia sióstr dają do myślenia, choć odbiór całości jest bardzo pozytywny i budujący. Podsumowując bardzo smakowite i przyjemne czytadło na niezłym poziomie i już kupiłam kontynuację.

wtorek, 11 stycznia 2011

Święta, święta i...już Nowy Rok

I z powrotem w moim ciepłym i słonecznym kraju, po pobycie w zimnej ojczyźnie. Pobyt w Polsce udany i nie udany. Udany, bo udało mi się zobaczyć z częścią znajomy i na Sylwestra zabawa była przednia (Elvis rulez, a tak naprawdę „dancing” rulez) i nie udany, bo się rozchorowałam i leżałam z gorączką przez drugą połowę mojej wizyty i nie udało mi się zobaczyć z dużą częścią znajomych i załatwić różnych spraw wymagających załatwienia. Udany, bo spędziłam dużo czasu z siostrą i rodzicami, obejrzałam klika niezłych filmów i przeczytałam dwie niezłe książki. Cóż, jeszcze chyrlam, ale biegam do pracy i już nie tęsknię za śniegiem (na chwilę :)).

I życzę wszystkim dużo dobrego w tym Nowym Roku i żeby był lepszy niż poprzedni, jeśli 2010 był dla Was dobry, to niech 2011 będzie jeszcze lepszy, a czemu nie? I nie postanawiajcie sobie za wiele, bo to i tak bez sensu i po co się denerwować. A jak coś pójdzie nie tak w najbliższym czasie, to jeszcze na nas czeka Chiński Nowy Rok, Rok Królika już za trzy tygodnie i wtedy, już na pewno wszystko się odmieni!


niedziela, 19 grudnia 2010

luźne myśli...c.d.

Jak obiecałam, odnalazłam "Ogród wiecznej wiosny", żeby zaprezentować fragmenty. Czy tylko mi się wydają koszmarnie egzaltowane i wymęczone?

"Pocałunki spływały im na ubranie, na jego koszulę, na damski sweterek, sypały się na spódnicę i pasterskie spodnie. Przetaczały przez pastwiska, tworząc rzekę, na której brzegach szeleściły polne dzwoneczki, owce gasiły pragnienie, skakały żaby, a w jej wodach słońce rozdzielało się na tysiące słonecznych ostrzy. Nie potrzebowali tlenu, starczały im same usta. Nie dotykali się tak, jakby dane im było już się spotkać-dotykali się tak, jakby dzieliły ich tysiące kilometrów. Stracili równowagę i upadli na miękką murawę, nie rozluźniając uścisku. Psy szczekały obok, ale oni nie przestawali, okrywając się rzeką pocałunków, aż Olvido brakło tchu. Wówczas podniosła się, otrzepała spódnicę, i jak młoda dziewczyna umknęła od własnych emocji w kierunku szpalerów sosen, gdy tymczasem Ezequiel czuł, że nieposkromiona siła rozrywa mu jądra, a nasienie zmienia się w opadające płatki śniegu."

I jeszcze, na przykład:

"Na miasto spadła plaga cykad osadzona w musztardowym powietrzu jak na latającym dywanie. Santiago znajdował owady brzęczące w kątach sypialni starego proboszcza i uśmiercał je uderzeniem miotły. Potem siadał obok łóżka chorego, by znów zająć się swoimi wierszami, których wersety kryły tęsknotę za ciałem i imieniem splamionym zielonymi oczami zdrajców. Czasami wino brało górę i usypiało go. Śnił o setkach cykad śpiewających requiem i budził się wśród jęków i łez, wtulony w brzuch ojca Rafaela, jakby to był ten ksiądz sprzed roku, gruby i zażywny, a nie mizerota, w którą się przeobraził. Jeszcze w półśnie proboszcz pocieszał go po łacinie, aż smutek chłopca mijał zupełnie i razem się modlili popołudniowymi pacierzami."


czwartek, 16 grudnia 2010

Krwawa Afryka


“Hotel Ruanda” stał na naszej półce z filmami już od jakiegoś czasu, pożyczony od teścia i czekał, aż dojrzejemy. Mieliśmy „jakieś” pojęcie o filmie, więc zazwyczaj nie byliśmy w humorze, żeby się za niego zabrać. Ten dzień, a w zasadzie wieczór nastąpił wczoraj i był to naprawdę dobrze spożytkowany czas. Film jest bardzo dobry, jak i bardzo ciężki. Oparty jest na wydarzeniach, które miały miejsce w połowie lat 90-tych w Ruandzie.
Społeczeństwo Ruandy złożone było z dwóch grup etnicznych, Tutsi i znacznie liczniejszej Hutu, które od dawna żyły ze sobą w konflikcie. Jak dowiadujemy się w jednej z pierwszych scen filmu, mieszkańcy Ruandy za inicjatora podziałów rasowych uznają wcześniejsze Belgijskie władze kolonii. Faworyzowały one Tutsi za bielszą skórę, węższe nosy i większą ogładę i kulturę, wykorzystywali do „lepszych zadań” traktując Hutu jako służalczą masę.
Prawdziwy dramat zaczyna się, kiedy Rwanda odzyskuje niepodległość, a wybory wygrywa przywódca partii Hutu. Zaczynają się czystki etniczne, dochodzi do masowego ludobójstwa.
Na tym, jakże przerażającym tle oglądamy historię głównego bohatera-Paula Rusesabaginy. Paul jest kierownikiem hotelu Des Mille Collines w stolicy Rwandy – Kigali, uprzejmy, wyważony, jego codzienność to kontakty z gośćmi hotelu, a z drugiej strony jednak kontakty i znajomości niezbędne, do zaopatrzenia hotelu w „luksusowe dobra”. Paul, to dobry człowiek, ale wydawało by się, że bez zadatków na bohatera, którym staje się jakby przypadkowo. Nasz bohater nie wierzy, że coś naprawdę złego może się stać, w Ruandzie są wojska ONZ, dziennikarze, prezydent ma lada dzień podpisać traktat pokojowy z Frontem Patriotycznym zawiazązanym przez Tutsi.


W dniu kiedy traktat zostaje podpisany, prezydent ginie w zamachu, co rozpoczyna krwawe wydarzenia. Przywódcy Hutu obwiniają za zamach Tutsi, aby mieć pretekst do wszczęcia rzezi. Spokój świat Paula zostaje zburzony, jego żona jest Tutsi, jak i większość ich sąsiadów, wszyscy  znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Paul chce chronić swoją żonę i dzieci, ale nie potrafi też odmówić zwracającym się o pomoc sąsiadom i znajomym. Ostatecznie Paul ukrywa w hotelu ponad tysiąc uchodźców i walczy o ich życie. Widać, że znajduje w sobie siłę i upór, jakiego prawdopodobnie sam się po sobie nie spodziewał. Ten jeden człowiek czuje się odpowiedzialny za setki innych, za ich życie i za dodawanie im otuchy. Film pokazuje, jak świat zewnętrzny odciął się od Ruandy, wojska pokojowe są bezsilne, rządy europejskie postanawiają ewakuować swoich obywateli, ale nie oferują pomocy, Afrykanom, nie interesują ich mające tam miejsce zbrodnie. Poza Paulem aktywnie działa, nie zważając na niebezpieczeństwo i koszty  jedynie czerwony krzyż.
I to chyba jest najbardziej przerażające, skoro jeden człowiek mógł tyle zdziałać, znaleźć w sobie tyle odwagi, jakże inaczej mogłyby wyglądać losy przeszło miliona ofiar tego konfliktu z zewnętrzną interwencją? Oczywiście, jak pokazuje historia, taka interwencja, nie zawsze była dobra, a raczej nie zawsze kierowały nią właściwe pobudki. Najczęściej jednak w przypadku krajów, które przez lata były koloniami, scenariusz jest podobny, za czasów wpływów kolonialnych, wszystko wygląda pięknie, panuje względny spokój i kiedy kraj odzyskuje niepodległość, zaczyna się bałagan, jednak jeśli pogrzebie się głębiej widać, że „spokój” jest zawsze osiągany kosztem zwracania przeciw sobie grup etnicznych w danym kraju. Koloniści zostawiają trochę  rozwoju, trochę bałaganu, zazwyczaj bałagan rośnie jak się wynoszą, zazwyczaj z ich winy...
Jeśli ktoś ma ochotę na szczegółową analizę tła historycznego filmu, to zapraszam tutaj:
Analiza ideologiczna filmu 'Hotel Rwanda' Terry'ego Georga, tam dowiemy się znacznie więcej niż z filmu.


Po obejrzeniu filmu zaczęłam się zastanawiać, że Afryka, to  popularny, choć nie koniecznie bardzo wdzięczny temat w kinie ostatnich lat. Powstało wiele naprawdę dobrych filmów, których akcja toczy się w różnych krajach afrykańskich. Doskonały „Constant Gardner”, którego akcja rozgrywa się w Kenii, znakomity, choć może mniej poruszający „Ostatni Król Szkocji”(Uganda),nie zrozumcie mnie źle, film porusza, ale  scenami okrucieństwa, świetną grą aktorską, a nie tak bardzo samą historią jak dwa poprzednie. Idąc dalej, bardzo dobry film sensacyjny „Blood Diamond”w Sierra Leone. Na dokładkę przypomniała mi się, nieco starsza, obejrzana dwa tygodnie temu „Rzymska Opowieść” Bertolucciego, gdzie jedna z głównych bohaterów to uciekinierka z Kenii, jednak ten film osadzony jest w Rzymie i Afryka stanowi jedynie punkt wyjścia historii, filmu, który, niestety mnie rozczarował, a nie oczarował, jak to zwykle w przypadku Bertolucciego bywało.